Drabina

W twoim świecie, zapis, który masz przed oczyma, jest najprawdopodobniej jedynym dowodem na to, iż rzeczy, o których opowiem, zdarzyły się naprawdę. Tylko ja bowiem mogę to wiedzieć i pamiętać. I właśnie dlatego, spisuję tę historię i pozostawiam ją tutaj.
W moim świecie, takie rzeczy nie mają znaczenia. Opowieści o wiele dziwniejsze niż ta, rodzą się, przepływają i odchodzą. Są częścią przestrzeni – niczym wiatr w twej rzeczywistości. Wiele z nich obserwowałem na dworze mojego ojca – a wraz z nimi kreacje i upadki małych światów – czasami nie większych niż przyczyna – i nie bardziej rozległych niż efekt. Niektórzy z nas w ogóle nie zwracali na to uwagi – ja jednak przyglądałem się im. Być może dlatego, iż od początku wiedziałem, i czułem, że mój los potoczy się inaczej, niż w przypadku większości moich rodaków. Niektórzy z nas są nierozerwalnie związani ze światem, w którym żyjemy. Zdarzają się jednak tacy, których przeznaczeniem jest odejść stąd. Skorzystać z drogi, jaką otwiera Drabina. I ja byłem jednym z nich. O czym wiedzieli wszyscy. Na dworze mojego ojca więc oczekiwano dnia, w którym napiszę list pożegnalny i wyruszę w drogę.
Wspomniałem jednak o Drabinie, co zapewne wymaga głębszego wyjaśnienia, jako że istoty żyjące niżej zgubiły już naukę o niej. Drabina to droga, przechodząca pomiędzy światami, z których każdy posiada swoją Liczbę. Drabina nie ma początku ani końca. Każdy szczebel na niej, jest odmienną rzeczywistością. Tylko niektórzy mają w sobie dar pozwalający im podróżować bezpiecznie. Innych czeka śmierć – lub upadek do jadowitych królestw otwierających w dole swe paszcze. Ktokolwiek wybiera tę drogę, musi rozumieć znaczenie Liczb, inaczej nie wskażą mu właściwego kierunku. Dlatego właśnie Liczby są święte dla nas, tak jak i były zawsze, dla naszych przodków, i przodków ich przodków. Mimo wszystkich swych błogosławieństw, każda podróż zawiera jednak w sobie ryzyko. A Drabina otwierając możliwości, budzi także pewną niepewność i lęk. Dlatego wiele osób poczuło ulgę w dniu, w którym napisałem swe pożegnanie i nie pozostawiając czasu na łzawe ceremonie, opuściłem dwór mojego ojca. Skierowałem się następnie w stronę Trzech Szaf, by porzucić jedyną rzeczywistość, którą jak dotąd znałem. Rozumiałem dlaczego tak jest i nie czułem do nikogo żalu. Tak zresztą było zawsze z tymi, którzy odchodzili. Rzadko kiedy ktokolwiek z nas powracał, na tyle rzadko, by nie było sensu mieć jakiejś nadziei.
Lecz zanim opiszę to, co było treścią mej podróży, pozwól, że opowiem o moim świecie, którego nigdy nie mogłeś widzieć i prawdopodobnie, nie będziesz miał szansy zobaczyć. Dla was bowiem ukryty jest on wewnątrz pomieszczeń mieszkalnych, tak wam bliskich, że wydają się transparentne i nie budzą większej refleksji. Dla nas, każde z tych pomieszczeń rozwija w sobie tysiące możliwości, które są istotą naszego królestwa.
Jest to świat, w którym światło księżyca wydaje z siebie wysoki ton, podobny do dzwonków wietrznych. Dźwięk ten stwarza niewielkie istoty, poruszające się w tańcu zbyt szybko i nieprzewidywalnie, by można było je ujrzeć dokładniej lub chociaż mieć pojęcie o ich wyglądzie. Nazywamy je Księżycowymi Tancerkami – zapewne dlatego, że trudno wymyślić bardziej pasującą nazwę. Jest to świat w którym Dziewice Kakofonii rodzą się tylko po to, by przez chwilę wirować szaleńczo wkoło sprzętów domowych (a ich przeszywający krzyk wznosi się ostrym crescendo), zanim, wraz ze swym wrzaskiem, nie zapadną się w niebyt. Świat, w którym odblaski słońca i księżyca, rzucone na sprzęty domowe, tworzą podobne do długich smug istoty, które nazywamy miedzianymi lub srebrnymi myszami. O ile jednak te pierwsze nie niosą niebezpieczeństwa, o tyle drugie wypełnione są trucizną. To jednak nie zraża ciemności czającej się pod meblami, która przyjmuje postać wielogłowych wilków i pożywia się nimi. Świat w którym mrówki czasu ciągną całymi hufcami przez dywan, pożerając zgubione chwile i ociągające się momenty. Świat, w którym długie, gęste włosy wyrastają w zapomnianych kątach, starając się udusić każdego, kto zbytnio się do nich zbliży. Nie przeszkadza to tylko szkieletowym duchom książek, które chwytają je i plotą z nich długie sznury, na które nanizują później znalezione chwile. Nim oczywiście dopadną je mrówki. Niektórzy z mojej rasy starają się zdobyć te sznury chwil i pokonują wiele niebezpieczeństw aby je uzyskać. Mówią, że ten kto posiada tego typu artefakt, może tworzyć własne dworce czasu. Dzieło mego ojca jest zresztą tego dowodem.
Słowa i dźwięki, które wy znacie, nie są tym samym w naszym świecie. Tutaj rozchodzą się powoli, w górnych partiach przestrzeni, niczym miażdżące z siłą tarana sztormy, których moc potrafi skręcić i zwinąć czasoprzestrzeń. W ten sposób zginęło wiele królestw. W ten sposób powstają także nowe krajobrazy – szerokie pustynie nie tknięte niczyją stopą, lub czarne tunele, wiodące do miejsc, o których lepiej nie myśleć. I czasami coś przechodzi z tamtej strony…
Lustra są tutaj także inne. Niczym jeziora chłodnego, płynnego szkła, w które zanurzasz się całą swoją istotą. Umysł wypełnia wtedy wysoki i czysty ton, a przed oczyma tańczą fioletowe kształty mieszkańców zwierciadeł. Nigdy jednak nie rozmawiają z nikim. Nigdy także nie zbliżają się nadmiernie.
No i oczywiście sprawa dźwięku, który u nas ma ogromną siłę niszczenia – lub kreacji. Dlatego nie posługujemy się nim w komunikacji. Rozmawiając ze sobą rysujemy długimi szponami symbole, które zawierają w sobie wszystkie potrzebne informacje. Rozcięcia ostrzy rozdzierają przestrzenie pomiędzy molekułami powietrza, w których pojawia się światło, wypełniające przekaz mocą zrozumienia.
Zapewne dziwisz się, że wiem tyle o twoim świecie, na tyle wiele, by móc porównać panujące dookoła nas warunki. Nie jesteśmy jednak oddzieleni od informacji na temat tego, co jest poza znaną nam rzeczywistością. W naszym świecie kurz wirując układa się w przekaz, zawierający wiedzę o wielu ukrytych sprawach. I nie ma niczego, co nie znalazłoby odbicia w wirujących skrętach jego drobin, lub ich układzie na gładkich, błyszczących powierzchniach. Tę wiedzę studiują nasi mędrcy, zapisują i przekazują tym, którzy chcą ją poznać. Ja sam zaś wiele lat spędziłem na jej zgłębianiu, by móc przygotować się do wyprawy, jaka była mym przeznaczeniem. Sądzę, że nie mógłbym przygotować się lepiej.
W tej godzinie więc, gdy wyruszyłem w kierunku Trzech Szaf, których szklane drzwi odbijały się w sobie nawzajem tworząc labirynt fantomowych refleksów (jedyne dojście do Drabiny), pamiętałem nauki kurzu i nauki o Liczbach. I słowa naszych mędrców, historyków i filozofów. Wiedziałem jednak także, że żadna z tych nauk nie odda w pełni doświadczeń, które czekają na mnie. Umysł mój wypełniło lekkie dzwonienie, będące widmem dźwięku, który pojawia się gdy zanurzasz się w toni zwierciadła. Wniknąłem w widmowe odbicia w szybie od drzwi Szafy. Świetliste zjawy przepływały wkoło mnie, dopóki ręka moja nie natrafiła na solidny i twardy szczebel Drabiny. Wtedy zacząłem schodzić w dół. Odliczając swą drogę.
Widziałem światy. Różne światy, ukryte pod moim niczym kartki w książce. Przenikające się, nakładające się na siebie…
Świat, który wypełniony był w całości splotami ogromnych Smoków – Węży. Ich oddech był niczym ogień a przestrzeń wypełniał ryk potężniejszy od głosu gromu. Ich gigantyczne ciała zwijały się i skręcały w fantastyczne węzły, łączące nieraz wiele istot w jeden, wielogłowy kłąb.
Widziałem świat, który składał się tylko z trzech oceanów i małej wysepki na środku. Oceany nakładały się na siebie, podobnie do obrazu sklejonych slajdów. A jednak były rzeczywiste. Jeden z nich wypełniony był trucizną. Jeden był czarny, a inny znów – purpurowy. Na wyspie mieszkał jeden człowiek – kowal, który dzień i noc podsycał ogień płonący w wielkim, wiecznie głodnym piecu. Ten człowiek miał na imię Kain.
Minąłem także świat, który był piekłem ognia i w którym słońce pożerało samo siebie i odradzało się co chwila z własnej krwi, aby znów siebie pożreć…
A także inny świat – który wypełniały drzewa, o skręconych, pokrytych zielonym mchem pniach. Ich liście nie wydawały najmniejszego szmeru, były nieruchome, albowiem powietrza nie mącił żaden powiew wiatru. Z góry zaś padał deszcz, zbyt drobny, aby poruszyć ich stałość – podobny raczej do wodnego oparu niż właściwego deszczu. Myślałem wtedy, iż nie ma w tym miejscu niczego poza samymi drzewami, stojącymi niemo w dziwnym, zielonkawym świetle. Niemniej gdy już miałem odwrócić od niego swój wgląd, ujrzałem inne istoty – mieszkające pod powierzchnią ziemi. Czarne i brązowe, tłuste robaki, które wgryzały się w korzenie drzew aby je pożreć. Drzewa zaś dusiły je swymi pędami, gdziekolwiek mogły ich dosięgnąć. I tak cały ten szmaragdowy świat toczyła cicha, lecz okrutna, skryta pod gruntem wojna.
Kolejny świat wypełniała czerń, w której zapalały się i gasły gwiazdy. A każda z nich była oddzielną istotą. Każda przeżywała swój byt w mgnieniu oka, po czym umierała tylko po to, by odrodzić się znów i przeżyć ponownie dokładnie to samo. Ten świat wypełniał bezustanny klekot form tworzących egzystencje, które w ciemnej przestrzeni między gwiazdami spotykały się i zderzały. Niemniej to także nie miało efektów, bowiem gwiazdy umierały zbyt szybko, a wraz z nimi umierały ich doświadczenia i wiedza – by zaistnieć na nowo – pozbawione pamięci – w niekończącym się cyklu.
Ujrzałem także przedziwny świat składający się z samej przestrzeni. W którym każda molekuła powietrza tkała opowieść o tym, czym mogłaby być. I w ten sposób każde miejsce rozgałęziało się na wiele innych miejsc, manifestując pełnie swych potencjalnych możliwości, niczym niewidzialny fraktal. Jedynie szelest opowieści, które wypełniały przestrzeń wskazywał kierunki w tym bezkresnym morzu prawdopodobieństwa.
A później trafiłem do twojego świata. I stanąłem w jakimś wnętrzu, w którym z trudem zdołałem rozpoznać daleką reminiscencję mojego królestwa. Lecz przestrzeń tutaj leżała zupełnie inaczej – niczym zawieszona na przedmiotach, które były bardziej namacalne, niż tylko cienie wycięte z okalającej je rzeczywistości, do których przywykłem. Ta przestrzeń nie tworzyła zawirowań i nowych światów, lecz spoczywała biernie i niemo na powierzchni dywanu, rozciągała się dookoła sprzętów domowych i wydawała się martwa…
Moje ciało przybrało formę właściwą dla tego świata, którą znałem ze studiów nad Kurzem. Fizyczna organiczność zmieniała nieco zmysły, przywiązując je do jednego miejsca i zamykając w nim – niczym w naczyniu. Jednak wrażenia te, zbyt obce mojemu bytowi, były stłumione i odległe. Nie chciałem się zagłębiać w nie, słusznie przypuszczając, że mogłoby to jedynie ewokować ból, lub obłęd. Potraktowałem więc całość jedynie jako chwilową niedogodność. Z otaczającej mnie energii, stworzyłem szarą, obszerną szatę, przypominającą bardziej mą własną istotę niż ciało które miałem. Pamiętałem bowiem z nauk, iż mieszkańcy tej rzeczywistości odczytują jako coś przykrego, widok swych własnych ciał.
Skrzypnęły zawiasy i odruchowo zamarłem oczekując jakiś zmian w rzeczywistości. Dźwięk jednak rozszedł się bez oporu i zniknął w ciszy. Zaś w otwartych drzwiach stanęła kobieta, spoglądająca na mnie z zaskoczeniem i przestrachem. Nie potrzebowałem problemów, więc podszedłem ku niej i zaglądając jej głęboko w oczy, wyszarpnąłem z niej kawał duszy. Wydała z siebie jedynie ciche westchnienie i oparła się o ścianę. Jej oczy stały się niczym matowe kule. Minąłem ją. Przeszedłem szybko przez długi korytarz pełen niepokojących cieni. Wewnątrz mieszkania słyszałem inne dźwięki świadczące o tym, iż jest tutaj więcej istot. Starałem się więc nie zaalarmować ich, poruszając się bezgłośnie. Dotarłem do drzwi, które znałem z map, jako Prowadzące Na Zewnątrz. Otworzyłem je. Ciało wyposażone w odpowiednie narządy duchowe, łatwo radziło sobie z morfogenetycznym polem przedmiotów, tak więc otwarcie zamka nie było zbyt skomplikowaną czynnością. Choć z pewnością wymagało uwagi i zajęło mi chwilę.
Oddychanie… Tak, to było dziwne. Rytmiczne… Momentami rozpraszało mnie lekko. Na razie jednak postanowiłem nie zawracać sobie tym głowy.
Wyszedłem poza próg. Za mną ktoś coś powiedział, ale nie zwróciłem na to uwagi. Zamknąłem drzwi i otoczył mnie gęstszy mrok. Po chwili jednak rozpoznałem w nim zarys schodów prowadzących w górę i w dół. Wybrałem zejście w dół. Moja wielowymiarowa percepcja dostrzegała twarze, podobne do rybich pyszczków, które wyłaniały się ze ścian i znikały w nich, w miarę jak schodziłem coraz niżej. Ich wąskie usta układały się w kształt litery O, a oczy wyrażały jedynie szklane zaciekawienie. Miałem świadomość, że wszystko to najprawdopodobniej nie dzieje się na tym planie. Przeczyłoby to mojej wiedzy. Niemniej to nie oznaczało, że gdzieś tam, w innej rzeczywistości, nie było całkiem realne. Kolejne drzwi były otwarte i wpadało przez nie więcej światła. Przekroczyłem próg i poczułem chłód, który przeniknął moją obecną formę, wraz z uderzeniem wiatru, niosącego w sobie ostre i mokre krople. Zadrżałem, nie z powodu zimna, które moje zmysły notowały jedynie szczątkowo, lecz z powodu dzikiego i nagłego napadu paranoicznego lęku, którym napełniła mnie otwarta przestrzeń przede mną. Umysł mój przez chwilę tańczył na granicy obłędu, gdy spoglądałem w bezmiar szarego nieba, rozciągający się ponad wysokimi dachami domów. Całe moje życie upłynęło bowiem wewnątrz zwiniętych ciasno wokół siebie wszechświatów, w których każdy dźwięk otwierał lub niszczył nowe możliwości. I chociaż widziałem wiele innych miejsc – nie było jednak doznania, które mogło przygotować mnie do bezpośredniej partycypacji w jednym z nich. Wiedziałem, że odnalezienie dalszej drogi w tych warunkach, będzie zupełnie niemożliwe. Sięgnąłem więc wewnątrz siebie i wymacałem szczebel Drabiny.
Powiadają, że kto raz odnajdzie Drabinę i odbędzie na niej podróż, zawsze już będzie zawierał ją w sobie. I było to prawdą, jak wiele innych rzeczy, których nauczyłem się wcześniej. Przez chwilę, w panice zawisłem ponad topniejącymi lodowcami trucizny, wypełniającymi spienione oceany jadu poniżej tego świata. Wielozębne paszcze wypełnione ostrymi jak igły odłamkami ciemności wspinały się ku mnie i czułem ich rosnący głód. A później podciągnąłem się wyżej i obrazy znikły, pożarte przez ciemność w dole. Potrzebowałem teraz wiedzy.
Sześć szczebli w górę. Wizje zmieniały się niczym w bajecznym tańcu. A później ujrzałem wężowe sploty i usłyszałem ryk wielu głosów – starszych od czasu. Forma organiczna pozostała w dole, na właściwym sobie poziomie materialnym. Potrzebowałem jej jeszcze. Tutaj jednak znów byłem czystym duchem. Wkroczyłem pomiędzy sploty i ogień wionący z paszcz odwiecznych Smoków. Ich ciała były niczym ścieżki, a ja potrzebowałem tej, która była właściwa. Rozpoznałem ją zresztą szybko, po błękitnej barwie łusek, z których każda pokryta była zawiłym i tajemnym pismem. Błękit był bowiem i moją barwą. Niczym taniec światła i cienia podążyłem więc po ciele Smoka, aż do jego ogromnej głowy. Rozpoznał mnie szybko i poczułem dotknięcie jego świadomości. Stanąłem więc przed nim – a jego oczy lśniły jak dwie gorejące gwiazdy – przepalające swą formę w czystą siłę. Nie pytał kim jestem, albowiem wiedział to. Nie pytał po co przychodzę, albowiem wiedział, że sam mu powiem. Smoki są dziwnymi stworzeniami, magazynującymi w sobie eony pamięci. Niektórzy nazywają to wiedzą. Prawdą jest jednak, że to co było – zdarzy się znów, a to co nadejdzie – miało miejsce w przeszłości. I nie ma nic nowego pod okiem Węża. W żadnym ze stworzonych królestw. Dlatego przybyłem właśnie tutaj i zapytałem, co mam czynić teraz?
– Świat czynienia. – powiedział – Świat, w którym rzeczy są oddzielone. – powiedział – Musisz znaleźć drogę.
Potem zamilkł a ja czekałem. Powietrze dookoła mnie drżało od ryku wielu bestii, a ich ognisty oddech chłostał ich ciała. Oczy Smoka nade mną wypełniał wewnętrzny ogień, który płonął od początku istnienia i który płonął będzie do jego końca. I czekałem spoglądając w jego wnętrze, które było niczym zstępująca siła.
– Będą trzy znaki – przemówił w końcu – i musisz podążać za nimi. Przekroczyć rzekę bestii, znaleźć drogę, która opada w dół. Później ujrzysz wysoki dom, który będzie martwy wewnątrz. W nim właśnie, pod samym niebem, jest to, czego szukasz. Wiszące głosy.
Podziękowałem mu gestem, choć wiedziałem, że nie było to konieczne. I powróciłem do Drabiny. A później w dół, do czekającej na mnie formy. Szare światło, które padało z nieba – zniknęło. Otaczał mnie mrok rozjaśniony jedynie przez małe kule blasku, zawieszone na wysokich słupach wzdłuż ulic. Deszcz padał dalej, a moja szata była kompletnie przemoczona, co wzmagało uczucie zimna. Niemniej, była to jedynie drobna niedogodność. Ruszyłem przed siebie, ponieważ nie miałem właściwie lepszej opcji w tym momencie. Światło padające z wysokich słupów odbijało się w wodzie, którą pokryte były kwadratowe płytki, przykrywające grunt. Gdzieniegdzie woda tworzyła większe kałuże, a ciemność czaiła się pod ich powierzchnią. Zastanawiałem się, na ile są głębokie – i na wszelki wypadek omijałem je ostrożnie. Wyżej, nad moją głową, po niebie przewalały się olbrzymie zwały szarych chmur. Ciężkie niczym cielska smoków. Ludzi na ulicach nie było wielu. Ci, których spotkałem, spoglądali na mnie dziwnie, lub mijali mnie szybko. Odgadłem, że w jakiś sposób musze budzić ich niepokój. Zresztą, nie było to niczym zaskakującym i mogłem się tego spodziewać. Dopóki nie wpadali w panikę i nie wydawali z siebie krzyków nie widziałem jednak większego problemu. I wtedy uliczka, którą szedłem dotarła do o wiele szerszej drogi, którą sunęły metalowe rzędy mechanicznych bestii. A każda z nich miała parę jasnych ślepi z przodu i wypluwała z siebie dym. Czułem wypełniający je ogień, a także życie zwinięte w środku – po czym odgadłem, iż muszą one być jakimś rodzajem pojazdów – bowiem same w sobie nie zawierały życia. Poruszały się też dużo szybciej niż był w stanie uczynić to przeciętny mieszkaniec tego świata. Obserwowałem je jakiś czas, stojąc obok ich trasy. To było to – rzeka bestii, musiałem przyznać, że trudno było to nazwać trafniej. Kiedy więc już napatrzyłem się, na mijające mnie błyszczące, metalowe cielska, wszedłem pomiędzy nie, na drogę. Jej powierzchnia pokryta była czymś czarnym, co lśniło od wilgoci. Ślepia bestii odbijały się w tym, rzucając przed siebie długie snopy światła.
Gdy tylko znalazłem się wśród nich, bestie wydały z siebie serie dziwnych, ostrych dźwięków, niepodobnych właściwie do niczego co słyszałem wcześniej. Te po mojej prawej zatrzymały się gwałtownie, tak więc bez problemu dotarłem na drugą stronę ulicy. Było tam wejście do kolejnej alei, wiodącej w dół. Drugi znak. Zagłębiając się w nią pomyślałem o tym, jak dziwnie zbudowany był ten świat, wymagający transportowania ze sobą materii, aby przemieścić świadomość. Świat, w którym przestrzeń była właściwie bierna. A głównym problemem poruszania się, jak sądzę było pokonywanie ustalonych odległości, w taki sposób, aby przemieścić organiczne ciało. Zakładałem, że mieszkańcy tego królestwa częściowo rozwiązują ten problem za pomocą pojazdów które widziałem. Niemniej samo założenie nadal wydawało mi się dość kontrowersyjne. Na przykład droga, którą szedłem i która wyraźnie ciążyła ku dołowi. A jednak otoczenie wydawało się do niej dostosowywać. Świecące słupy i budynki także schodziły coraz niżej, otaczając ją. I nic nie wypełzało z cieni, mimo, iż byłem coraz niżej… Lub też wypełzało, ale nie na tym poziomie realności.
Ludzie nadal w większości omijali mnie, choć niektórzy wpatrywali się zbyt natarczywie jak na mój gust. Odwracali jednak wzrok gdy spoglądałem im w oczy. Tego zresztą nie umiałem skopiować – ludzkich oczu. Właściwie nigdy się nie zastanawiałem nad takim szczegółem, choć wiedziałem, że stanowią rodzaj okien oczywiście. Moje wypełniała po prostu ciemność.
Ulica skończyła się dochodząc do kolejnej, która ciągnęła się w prawo i w lewo. Zatrzymałem się na chwilę, poszukując trzeciego znaku a zarazem i celu mej wędrówki. Miałem świadomość, iż przebywając w tym świecie, pokonałem prawdopodobnie większą część materialnej przestrzeni, niż ktokolwiek z mych rodaków mógłby sobie wyobrazić. Dziwne było to marnotrawstwo miejsca i możliwości. Na razie nie ujrzałem nic charakterystycznego, więc ruszyłem w prawo, ufając, że wybrałem właściwie. Zresztą i tak miałem tylko dwie opcje co znacznie zmniejszało ryzyko złego wyboru. Starałem się patrzyć w górę, wiedząc, że budynek, którego szukam, jest wysoki. I było to całkiem trafną decyzją, bowiem już wkrótce faktycznie zauważyłem podłużną i cienką budowlę, która zdawała się dachem dosięgać chmur. Jej okna były czarne i puste. Na dachu znajdował się chyba jakiś symbol, co jednak w tym momencie nie interesowało mnie zbytnio. Zbliżyłem się, mijając kilka budynków, które oddzielały mnie od celu – i wtedy ujrzałem, że wysoka budowla wyrasta z innego, niższego budynku, którego okna są równie czarne i milczące. Budowla była większa niż inne domostwa, zdawała się też niezamieszkała. Prowadziły do niej szerokie, dwuskrzydłowe wierzeje, otoczone wystającymi z muru płaskorzeźbami. Powtarzał się często wśród nich znak krzyża. Podszedłem do nich i pchnąłem je lekko. Były otwarte. Uchyliłem je nieco i przestąpiłem próg, zamykając je zaraz za sobą. Nie potrzebowałem bowiem większego zaciekawienia przechodniów niż już obudziłem. Posadzka w tym miejscu, była zimniejsza niż powierzchnia ulicy i zdawała się promieniować przeszywającym chodem. Czułem jego dotyk wewnątrz kości do tego stopnia, że trudno było mi stłumić ten efekt, jak to czyniłem dotychczas, kontrolując działanie fizycznych zmysłów. Więc jak podejrzewałem, było to coś więcej, niż tylko one.
Cicho przeszedłem przez hol, którego sufit pokryty był jakimiś malowidłami. Nie miałem jednak czasu, ni ochoty, przyglądać się im, albowiem szukałem sposobu, by dostać się na górę. Kolejne drzwi były uchylone, i zanim minąłem je, poczułem czyjąś obecność w dalszej części tego domu. Niemniej ufałem swym zmysłom bardziej niż ludzkim, tak wiec korzystając z osłony ciemności prześlizgnąłem się przez przejście i stanąwszy w cieniu, zlustrowałem okolicę. Pomieszczenie, do którego dostałem się, było dużą salą, przywodzącą mi na myśl komnaty na dworze mego ojca. Ta jednak robiła dość statyczne wrażenie. Posadzka i ściany były z jasnego kamienia – szarego bądź białego – trudno było rozróżnić te barwy w mroku. Długie ławy stały rzędami, przed wznoszącym się na końcu sali podwyższeniem. Stał na nim kamienny stół lub ołtarz, za nim zaś znajdował się ten sam symbol, który widziałem przy drzwiach tego domu. Poznałem wiec, że musi to być jakiegoś rodzaju świątynia, w której czci się znak krzyża. Na środku, przed podwyższeniem ujrzałem trzy osoby, które rozmawiały ze sobą cicho i wydawały się spięte. Poznałem więc, iż także nie powinny być tu o tej porze. Dwie osoby aktualnie rysowały jakiś symbol na ziemi – gwiazdę, wtłoczoną w koło, trzecia przyświecała im trzymanym w ręku snopem światła. Gwiazda była jak sądzę kolejnym symbolem religijnym. Ona sama zresztą jak i jej działanie było mi dobrze znane. Istoty dookoła niej wydawały się dość zaaferowane własnymi emocjami i sytuacją, dość, aby nie widzieć wiele poza nimi. Korzystając więc z osłony cieni, jaką zapewniały wysokie filary ustawione po bokach, dotarłem do schodów w górę. Gdy odwróciłem się, by jeszcze raz zbadać sytuację, obecni w komnacie, ustawiali właśnie wkoło symbolu gwiazdy sześć czarnych świec…
Schody były strome i podejście w górę przypominało mi wchodzenie po Drabinie. Dość metaforycznie oczywiście. Stanąłem po chwili na jakimś rodzaju balkonu, również zastawionym ławami. Nawet stąd dochodziły mnie szepty osób zgromadzonych niżej. Rozejrzałem się, miejsce tonęło w mroku, jednak moje zmysły astralne były o wiele czulsze niż fizyczne. Za ich pomocą udało mi się zlokalizować kolejne drzwi, znajdujące się dość daleko, z lewej strony. Ruszyłem w tamtym kierunku. Chłód wypełniający to miejsce, zdawał się promieniować nie tylko z posadzki, ale i zewsząd, jakby z samej przestrzeni. Powietrze było nieruchome i szare. Pomyślałem, że słusznie powiedział Smok, mówiąc, że jest to martwe miejsce. Czułem to na każdym poziomie mej egzystencji. Drzwi, które teraz znalazłem, były o wiele mniejsze od poprzednich. Zbudowane z mięsa drzew, z małą metalową klamką z boku. I zamkiem – zamkniętym. Niestety. Zatrzymałem się na chwilę myśląc intensywnie. Wtedy jednak wszechświat okazał się dla mnie łaskawy i chmury rozsunęły się na moment, a światło księżyca, przenikając przez wysokie okna, padło refleksem na powierzchnię zamka i zagłębiło się w środku.
Sięgnąłem w siebie i trafiłem na szczebel Drabiny. Stawało się to powoli coraz łatwiejsze. Kilka chwil zajęło mi tylko dostanie się do mego świata – a przynajmniej kilka chwil jeśli idzie o mój umysł. Stanąłem w tym samym miejscu, lecz w innym królestwie. Natychmiast włosy, zarastające kąty tego domu, sięgnęły ku mnie, chcąc mnie oplątać i udusić. Nie czekałem jednak aż do mnie dotrą. Jedną ręką sięgnąłem do wnętrza zamka, łapiąc księżycową mysz – drugą zaś chwyciłem Drabinę.
Mysz tylko przez chwilę zawisłą w bezruchu w mej dłoni. Potem zaś zaczęła się zwijać dziko, starając się dosięgnąć mnie zębami i wypuścić swą truciznę. Nie trzymałem jej w najlepszy sposób jaki mógłbym sobie wyobrazić, ale miałem nadzieję, że jeszcze przez chwilę uda mi się ją unieruchomić. Tylko dwa światy w dół…
Stanąłem na wyspie. Szum trzech oceanów przenikał się i dopełniał tworząc jedyny w swoim rodzaju sferyczny dźwięk. Mężczyzna przede mną odwrócił się od ognia, stając twarzą w moją stronę. Miał czarne włosy i brodę, a po jego szerokiej klatce piersiowej spływał pot. Zapytał:
– Czego chcesz?
Mówił poprzez słowa, więc trudno było mi z początku przełamać się, by użyć tej samej metody – komunikacji przez kreacje dźwięku. Ale nie miałem czasu na to, by bawić się z umysłem.
– Klucz – szepnąłem, podając mu srebrną mysz. Chwycił ją w rękę i przyjrzał jej się uważnie.
– Co mi za to dasz? – Zapytał.
Tego się przyznam nie spodziewałem, bowiem nie mogłem sobie wyobrazić niczego, co mógłbym mu dać – czegoś co jednocześnie posiadałem i mogłoby być dla niego przydatne. Nie, z pewnością nie istniała taka rzecz. Więc zmartwiłem się nieco wewnątrz. Wtedy Kain roześmiał się hałaśliwie, spojrzałem na niego zaskoczony:
– Sama możliwość przerwania tej cholernej monotonii, jest już tak wielkim darem dla człowieka, ze nie powinienem chcieć więcej. – powiedział.
Odwrócił się do swych kowalskich narzędzi i ujął młot. Mysz krzyknęła tylko raz, a później uderzenia stały się miarowe i rytmiczne. Wzbiły się pod niebo niczym stado metalowych ptaków, by gdzieś w oddali utonąć w jednostajnym poszumie oceanów. Słuchałem tego przez chwilę, a ogień w piecu pożerał zużyte skorupy czasu i przestrzeni.
Kowal odwrócił się wreszcie i podał mi srebrzysty klucz. Podziękowałem mu bez słowa, a on patrzył z uśmiechem, dopóki nie opuściłem jego królestwa.
I znów… Cztery szczeble niżej.
Stanąłem w tym samym miejscu – przed drzwiami. Księżyc schował się już za chmury, ale ja miałem w ręku srebrny klucz. Wsunąłem go do zamka i przekręciłem, czując jak jego mechanizm ustępuje. Potem uchyliłem drzwi – zaskrzypiały cicho – lecz zbyt cicho by ktokolwiek mógł to usłyszeć. Zanurzając się w jeszcze gęstszy mrok, wstąpiłem na kolejne schody w górę. Albowiem zwykle wchodząc w górę, należy zanurzyć się najpierw w ciemności.
Tutaj nie było już właściwie fizycznego światła. Zmysły oparte na formie organicznej były więc mniej użyteczne. Niemniej… cóż, sprawiało mi to pewną ulgę. Schody pieły się w górę w dość ciasnym szybie. Pomyślałem, że próbują lepiej upakować przestrzeń. Śmierć wypełniająca powietrze, stała się tu ciemniejsza i bardziej nieruchoma – jakby od długiego czasu nikt nie zaglądał w to miejsce. Była jak nieruchomy i wygłodzony ptak, czekający na swój moment…
Nie wiem jak długo wspinałem się w górę. Wiem jednak, że musiałem czasami przystanąć i odpocząć, bowiem oddech stawał się bardziej porwany i mniej miarowy niż powinien. Odpoczywając wsłuchiwałem się w ciemność i cisze, tutaj jedynie z rzadka zakłócaną skrzypieniem drewnianych schodów. A później dotarłem do ich końca, gdzie znajdował się szeroki podest. Nad nim zaś wisiały wielkie, metalowe czasze dzwonów… Głosy, których szukałem. Głosy pod niebem.
Aż do tej chwili, właściwie nie zastanawiałem się nad celem mojej wyprawy, ani jej efektami. Teraz jednak zrozumiałem, jak daleko idące zmiany wprowadzi moje działanie, nie tylko w znanym mi świecie, ale w wielu tysiącach podobnych… Dźwięk bowiem mógł stwarzać, dźwięk bowiem mógł niszczyć. Zastanowiłem się, czy inne opisywane kataklizmy, szalone transformacje lub manifestacje nowych potencjałów nie wynikały także z podobnych podróży – istot takich jak ja. I ile ich mogło być, krążących po wielu światach, zstępujących w dół i wchodzących w górę po szczeblach drabiny. Bezustannie – jak w jakimś dziwnym i bezmiernym śnie…
Niemniej, na te wszystkie pytania nie mogłem znać odpowiedzi. I nie stało za nimi nic więcej niż moja własna ciekawość – jednej istoty w bezmiarze wszechświata. Ująłem więc sznur i pociągnąłem go. A później uwiesiłem się na nim, by rozhuśtać wiszące w górze dzwony. Co wcale wszakże nie było łatwym zadaniem, dla kogoś żyjącego dotąd z dala od problemów masy i siły kinetycznej.
Pierwsze uderzenie było jak grom i spadło na mnie niczym stalowe ostrze. Przeszywając moją czaszkę paroksyzmem bólu. Padłem na ziemie zwijając się odruchowo. Drugie uderzenie wydawało się wprawiać cały świat dookoła w wibracje, których częstotliwość doprowadzała do obłędu. Trzecie wprawiło w wibrację również moje kości. Nie wyobrażałem sobie wcześniej niczego, co byłoby większą torturą dla mojego umysłu i ducha, niż glos tych dzwonów, grzmiących nade mną i będących znakiem apokalipsy dla wszystkiego co znałem. W ciemności, wśród tego miażdżącego dźwięku, próbowałem trafić na szczebel Drabiny. Na cokolwiek co pozwoliłoby mi wydostać się z tego piekła. Bicie dzwonów powracało jednak fala za falą, miażdżąc wszelką nadzieję na ucieczkę. Wtedy, gdzieś wewnątrz siebie trafiłem na jakiś rodzaj połączenia. Nie była to może Drabina, ale nie miałem czasu sprawdzać, dokąd prowadzą te drzwi. Nie wyobrażałem sobie zresztą żadnego gorszego miejsca, niż to w którym byłem teraz. Przekroczyłem je…

Pierwszą rzeczą, jaka dotarła do mnie po chwili, był także dźwięk dzwonów. Teraz jednak dużo bardziej odległy i byłem zdolny go znieść. Kolejną był dziwny, metaliczny zapach i odczucie ciepła na mojej skórze, które jednak szybko zaczęło zanikać. Otworzyłem oczy. Tym razem stałem, nie leżałem już – w środku gwiazdy, którą widziałem wcześniej. Jednak większość jej zalana była czerwienią, tak jak i moja skóra i szata. Rozróżniałem wśród niej kawałki tkanki, bez wątpienia organicznej natury. U moich stóp zresztą spoczywało ich więcej, a także przeświecające spod czerwieni, szarości i czerni kości. Zacząłem myśleć nad tym, co właściwie się tu stało. Wyglądało to bowiem tak, jakbym zamiast drzwi pomiędzy światami, użył w ich charakterze innej istoty… Przypomniałem sobie, że na planie materialnym, dwie rzeczy nie mogą zajmować jednego miejsca. Tak wiec wydaje się, że prawa fizyki rozwiązały ten problem… A jednak dotychczas nie słyszałem o tym, by taka podróż była możliwa. Choć odnosząc się do legend… Wiele opowieści mówiło o tym, iż podróżujący po Drabinie zdobywali często nowe i zaskakujące moce. W tym wypadku – musiałem przyznać, że faktycznie czułem się zaskoczony.
Rozejrzałem się dookoła. Przede mną stały dwie kobiety, patrząc na mnie ze skrajnym przerażeniem. Zagłada materialnej formy ich kolegi musiała być z pewnością wstrząsem. Dla mnie była nim sama podróż. Jedna z nich poruszyła ustami, próbując cos powiedzieć. Po tym jednak schwyciła tą drugą za rękę i pociągnęła ku wyjściu. Pozwoliłem im odejść.
Oparłem się o jedną z ław, próbując skoncentrować się na tyle, by opanować wszystkie aspekty egzystencji. Oddech – najbardziej rozpraszający mnie element – uspokajał się powoli. Dzwony wciąż biły – ruszyłem ku wyjściu.
Zapach krwi otaczał mnie jak skrzydła i gdy spojrzałem poza siebie ujrzałem czerwone ślady, które pozostawiłem na posadzce. Ten zapach był dziwny, budził skojarzenia z wnętrzem kwiatów, ciemnością w ciasnych tunelach i czymś, co powinno spoczywać głęboko w trzewiach ziemi… Dzwony wciąż biły.
Zastanawiałem się, jak wrócić do mego świata. Chwilowo nie chciałem jednak używać Drabiny, czułem się zbyt rozbity, ażeby się na to odważyć. Wyszedłem przed budynek. Deszcz zelżał nieco, niemniej jednak poczułem jak jego dotknięcia chłodzą moją rozpaloną skórę i zmywają z niej czerwień… Podniosłem twarz ku niebu zamykając jednak oczy, gdyż widok tak wielkiej przestrzeni nadal napełniał mnie niepokojem.
Wtedy usłyszałem kolejny hałas. Jakby zawodzenie, zbliżające się w mym kierunku, wraz z rozbłyskującymi błękitno światłami. Po chwili na plac przede mną wjechał pojazd, mający dodatkową parę oczu na górze. To one błyskały w ten sposób. Pojazd wydawał z siebie wysokie, modulowane zawodzenie. Stanąłem przyglądając się mu. Nie czułem, aby jego pojawienie się było najlepszym z omenów – jednak z drugiej strony i tak nie miałem właściwie dokąd pójść. Z pojazdu wysiedli ludzie, odziani w podobne do siebie, granatowe ubrania. Jeden z nich zaczął coś krzyczeć. Nie podobało mi się to. Dźwięki, za dużo dźwięków w tak krótkim czasie… Byłem świadom tego, jak wszystkie one wpływają na inne plany istnienia. Sztormów które tworzą, nawałnic, które rodzą poprzez swoje wibracje… I po co on to robił nie rozumiejąc tych zależności? Chciałem żeby przestał. Najlepiej natychmiast, bowiem ignorancja nie była wytłumaczeniem dla tego czynu…
Wtedy przypomniałem sobie jak bardzo te istoty przerażał widok tkanki i krwi – tego, z czego są zbudowani. A jeśli tak nienawidzili widoku własnych ciał jak musieli obawiać się ich wnętrza? Sięgnąłem więc do własnej piersi, odrzuciłem przesiąknięty krwią materiał i sprawiłem, ze ciało i kości otworzyły się pod mym dotknięciem. A potem wyjąłem bijące serce, wiszące na sino-fioletowym kłębie żył i arterii. I jak podejrzewałem – mężczyzna przede mną ucichł wpół słowa.
Wtedy nad nami dał się słyszeć okropny jęk i huk. To dzwony kołyszące się pod niebem runęły w dół, miażdżąc drewniane schody. A cały budynek i ziemia wkoło zatrzęsła się od tego upadku.
Wtedy też usłyszałem huk wystrzału.

Kiedy doszedłem do przytomności, ujrzałem ciało, które stworzyłem, leżące na ziemi, bez życia. Teraz jednak było jedynie cieniem wśród innych cieni. W miejscu, w którym się znajdowałem rozpoznałem odpowiadającą mi rzeczywistość. Jednak nie była ona ukryta we wnętrzu. Z przerażeniem skonstatowałem, iż znajduję się na otwartej przestrzeni. Dookoła mnie stały cienie krzyży, takich samych jak ten, który widziałem w martwej świątyni. Wznosiły się przy niskich, podłużnych pagórkach, które zapełniały wszystko dookoła. Jedynie pomiędzy nimi widziałem wąskie ścieżki. Nad tym widmowym obrazem – fantomem świata materii, trwał jednak nieustanny, cienisty sztorm, wirując chaotycznie zdawał się pożerać kierunki i odległości. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu. Zagubienie się w tak wielkiej przestrzeni miałoby fatalne konsekwencje. Zwłaszcza, że jak wiedziałem z opowieści dźwięk docierał tu o wiele łatwiej i rozchodził się szerzej. Ruszyłem więc przed siebie, po raz kolejny wierząc we własne szczęście.
Zawieja trwała, niszcząc moje poczucie kierunku i wypaczając świat dookoła mnie. Gdyby miała głos zapewne wyłaby o swym głodzie i samotności. Ale wszystko co widziałem działo się w całkowitej ciszy. Brnąłem przed siebie, wśród astralnej zamieci, mając nadzieję, ze ścieżka którą wybrałem okaże się właściwa. I że nie zboczyłem z niej jak dotąd. Chwilami widziałem, jak fale sztormu odsłaniały inne płaszczyzny istnienia. Pojawiała się wtedy zasłona, jak gruba tafla szkła – poza którą majaczyły w mroku wpatrujące się we mnie oczodoły, wielkich karmazynowych szkieletów – a tysiące szponiastych dłoni drapało gładką powierzchnię oddzielającej nas bariery… Każde uderzenie cienistego wichru wysysało ze mnie energię i karmiło nią swe skrzydła…
I wtedy ujrzałem wznoszący się wśród sztormów cień niewielkiej budowli. I skupiając się na Woli dopadłem jej drzwi. Były zamknięte na kłódkę, nie na tyle jednak aby cień nie mógł się prześlizgnąć.

I tutaj pozostałem. W niewielkiej przestrzeni, wypełnionej ciemnością i chłodem śmierci. Jednak to jest mój świat i właściwie miejsce, do którego należę… Wnętrze nie jest duże, lecz ma w sobie wiele spokoju a dźwięk dociera tutaj rzadko. Przez szparę w cienistych drzwiach wpada czasem odblask słońca lub księżyca tworząc korowody świetlistych myszy. Wtedy ciemność spod wielkiego sarkofagu, stojącego na środku pomieszczenia, przyjmuje kształt trzygłowego wilka z dziesięcioma rogami i rzuca się na nie łapczywie. Nigdy jednak nie może ugasić głodu, bowiem chwile, gdy światło tu wpada, nie są zbyt częste. W inne dni więc sam śpię w jednej z jej paszcz – niczym w głębokim łożu… Nie szukam powrotu na do miejsc, które znałem. Sądzę, że nie istnieją już. Teraz rozumiem, czemu tak wiele osób uważa Drabinę za błogosławieństwo, podczas gdy inni obawiają się jej… Jedyne co chcę jeszcze zrobić, to spisać całą tę historię i przesunąć ją przez szparę w drzwiach w waszym świecie. Nie wiem dlaczego. Może jednak chcę, by ktoś wiedział i pamiętał?
Wtedy ja będę być może mógł zapomnieć. Skupić się na studiowaniu pyłu i rozmowach z ciemnością. Ja, który znam drogę Drabiny i sekrety Liczb, może kiedyś znów wstąpię na tę drogę. Lecz nie wcześniej, niż gdy nadejdzie właściwy czas…

Advertisements

3 responses to “Drabina

  1. O matko! Brak mi słów. Naprawdę świetne, choć szczerze mówiąc natknęłam się parę razy na skomplikowane i niezrozumiałe słowa. Ale opowiadanie genialne, przeżywałam wszystko razem z bohaterem. Wow!

      • Trochę długi, ale jak wspomniałam wcześniej im dłuższy tym lepszy, można nim się dłużej cieszyć 🙂 Teraz przechodzę do poezji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s