Baśń o Synu Gromów i krzemiennym jaju.

Przyszliście do mojego ogniska, żeby posłuchać kolejnej historii, prawda? Och, wiem, kochacie te opowieści, snute pomiędzy szarością zmierzchu, a światłem brzasku. Siadajcie, nie bójcie się, nie zjem waszych dusz. No, przynajmniej… nie tym razem.  Słyszycie ryk gromu w oddali? Niedługo przybędzie tu burza na siwych, strzępiastych skrzydłach. Myślicie, że wiecie, co ona oznacza? Huk gromów, orgia światła i ciemności? Myślicie, że znacie to? Ale nie wiecie, że wraz z nią nadciąga rydwan Syna Gromów. A kiedy on przecina niebo, tratując przestrzeń, srebrnowłosa kobieta śmieje się i rozpuszcza włosy. Gdzieś daleko Ptak Gromu krzyczy i błyskawice ruszają do tańca. Chcecie usłyszeć o tym wszystkim, móc tego dotknąć, móc zobaczyć…? A więc uciszcie się, opowiem wam…

Dawno temu, w dniach, o których pamięć zapisana jest już tylko na łuskach Węża, mieszkał w niebie potężny mąż. Nazywali go Synem Gromów, ponieważ jego ojcem był Grom, a matką Błyskawica. Zrodziła go Burza, a Pioruny były jego braćmi i siostrami. Mąż ów był wielkim wojownikiem i szamanem. Gdy chwytał za swój kamienny topór, wrogowie drżeli i lód ścinał ich serca. Gdy uderzał w swój bęben ziemia drżała, a góry pękały z hukiem. Siedem vywern ciągnęło jego elektryczny rydwan, gdy wśród trzasków i skwierczenia iskier przemierzał nieboskłon. Tornada i huragany śpieszyły na jego wezwanie, otaczając go swoją zasłoną, ilekroć tego zapragnął. Spojrzenie jego było jasne, niczym spojrzenie sokoła, a serce jego nie znało lęku.
I stało się dnia pewnego, gdy przemierzał niebiosa na swym rydwanie, iż spojrzał na ziemię, i ujrzał kobietę niezwykłej piękności. Siedziała ona nad strumieniem i pieściła swe srebrzyste włosy, a gdy rozpuściła warkocz, wody rozśpiewały się pieśnią tysięcy dzwoneczków, a z kamieni trysnęły świeże źródła. Jej suknia była niczym świetlista mgła, a oczy jej przypominały zwierciadła, odbijające księżyc w pełni. I pokochał ją Syn Gromów, i rzekł do siebie: „Na cóż mi cała moja moc i potęga, jeśli tutaj, w podniebnej mej siedzibie, w kamiennym mym zamku, zawsze jestem sam. I nikt mnie nie żegna, gdy wyruszam i nie wita, gdy powracam! Znużyło mnie to i wola ma dojrzała do zmiany! Zstąpię więc na ziemię by pomówić z tą dziwną pięknością. Zaiste, jeśli los będzie łaskawy jeszcze dziś zabiorę ją ze sobą do mego pałacu!” A ponieważ nigdy nie zwykł zastanawiać się długo, lecz wcielał zawsze swe założenia w czyn, przeto zrobił tak, jak postanowił. Zstąpił na pobliską górę, z siłą tak wielką, iż ta zadrżała pod jego stopami. Stamtąd zaś zszedł w dolinę, gdzie odpoczywała Srebrnowłosa. Kobieta powstała, widząc jego muskularną postać, on zaś pozdrowił ją i rzekł:
– Witaj piękna pani, zwą mnie Synem Gromów. Ujrzałem cię, gdym przemierzał ścieżki wichrów, na mym rydwanie elektrycznym. Powiem wprost: spodobałaś mi się, przeto chciałbym zabrać cię do mego kamiennego zamku, w niebiosach.
Srebrnowłosa roześmiała się, bowiem ubawiła ją jego otwartość. A śmiech jej był niczym dźwięk kryształów, spadających na posadzkę w wielkiej, pustej sali. Zmierzyła wzrokiem jego postać, silne ramiona, tors pokryty błękitnymi tatuażami i spodobało jej się to co zobaczyła, przemówiła jednak:
– Hola, wojowniku, powściągnij się nieco! Widać, że nie w pałacu wychowano cię, skoro tak śmiało przemawiasz do niewiasty. Przychodzisz tutaj jak do siebie i oświadczasz mi, gdzie mam się udać? Nie jestem vywernem ani sługą, abym miała słuchać twych poleceń. Skąd ta pewność, że odejdę stąd z tobą gdziekolwiek? Myślę, że powinieneś bardziej się postarać, aby mnie przekonać!
Syn Gromów zmarszczył brwi, zaskoczony jej odpowiedzią.
– Wszelako jestem najpotężniejszym wojownikiem w tej krainie, wrogowie lękają się nawet wymówić moje imię, a gromy i błyskawice słuchają mego wezwania! Czy to nie wystarczy każdej kobiecie, aby mieć takiego męża za małżonka? Zaprawdę, pani, musisz być wybredna, skoro uważasz, że to za mało!
Srebrnowłosa znów się zaśmiała, a strumienie zawtórowały jej swą pieśnią. Spojrzała ubawiona na przybysza i rzekła przekornie:
– Bawi mnie twoja szczerość, jest niczym świeży powiew w tej, tak dobrze mi już znanej, krainie. Może nawet z tego powodu zgodziłabym się wsiąść na twój rydwan, niestety, pewne rzeczy stoją mi na przeszkodzie…
– Jakie to rzeczy, pani, powiedz mi, a usunę je – odparł natychmiast Syn Gromu, który zdawał się nie dostrzegać jej rozbawienia.
– Po pierwsze nie jestem samotna, choć samą tu mnie widzisz. Mąż mój wyruszył w podróż, lecz wrócić może lada chwila. Może i mogłabym zapomnieć o nim na chwilę, jednak musiałbyś okazać się lepszym od niego… A to wymaga sprawdzenia.
– Powiedz, co mam zrobić, a uczynię to!
– Dobrze, poddajmy próbie twoją dzielność! Trzy dni drogi stąd, na zachód, mieszka Ptak Gromu. W gnieździe jego leżą czarodziejskie jaja z krzemienia. Przynieś mi jedno z nich, a zastanowię się, czy mogę udać się gdzieś z tobą, pod nieobecność mego męża.
– Dobrze! – powiedział Syn Gromu. – Zanim jednak wyruszę, pani, zechciej powiedzieć mi, kim jest twój mąż, abym wiedział, z kim przyjdzie mi się równać.
Srebrnowłosa zaśmiała się po raz kolejny i machnęła ręką:
– Och, nie kłopocz się tym, wojowniku. Mój mąż nie jest nikim szczególnym, włóczy się często tędy i owędy, ja zaś rzadko widuję go w domu. Jego ścieżki nie są mi znane, lecz on zdaje się je kochać nade wszystko. Znużył mnie już ten stan rzeczy, przeto daję ci szansę zdobycia mej przychylności. Idź już, żebym się nie rozmyśliła czasem…
Syn Gromu pokłonił się jej przeto i odszedł kierując się na zachód. Srebrnowłosa zaś usiadła nad strumieniem i śmiała się, dopóki słońce nie dotknęło szczytów pobliskich gór.

Syn Gromu szedł na zachód, przemierzając równiny jałowe i puste, gdzieniegdzie tylko pokryte kępami traw, i krzewami pełnymi cierni. I gdy tak zdążał przed siebie krokiem równym, i miarowym, drogę zastąpił mu mały, łysy człowieczek, otoczony stadem rozwrzeszczanych małp.
– Czy wiesz, jak odnaleźć Ptaka Gromu? – Zapytał wojownik.
– Wiem! – odpowiedział tamten. – Dobrze trafiłeś, bowiem tylko ja mogę ci w tym pomóc! Latami studiowałem wszystkie mapy okolicy i znam każde miejsce w tej krainie. Tam oto rośnie sedum acre, te kamienie to piaskowce, powstałe w wyniku scalenia ziaren kwarcu, skaleni i miki. W czasie wysiłku najlepiej jest oddychać przeponą. Musisz uważać na skorpiony ukryte pod kamieniami, zwłaszcza na buthacus aernicola. Kwiaty roślin solarnych kierują się ku słońcu. Tylko wiedząc to wszystko, a nawet jeszcze więcej, będziesz mógł dotrzeć do celu!
Gdy tak krzyczał, małpy krzyczały również i tańcowały wkoło niego, szarpiąc go za odzienie.
– Nie odpowiedziałeś mi na pytanie – Powiedział Syn Gromu. – Pytałem, gdzie mieszka Ptak Gromu?
– Musisz koniecznie kupić małpę! – powiedział mały człowieczek. – Małpa i tylko ona zna właściwą ścieżkę! Małpa zaprowadzi cię do celu!
Syn Gromu spróbował go wyminąć, ale mały człowieczek uczepił się jego płaszcza, a małpy zastąpiły mu drogę. Wyjął tedy zza pasa swój kamienny topór i nie zastanawiając się długo, roztrzaskał łysą głowę natręta. Małpy rozkrzyczały się wtedy jeszcze okrutniej, ale bohater nie przejął się tym. Uderzył toporem w ziemię, a ta rozstąpiła się i pochłonęła całe stado, tak iż wkoło zapadła na powrót pożądana cisza. Syn Gromu poszedł dalej.
I wędrował tak kawał drogi, a słońce schowało się za widnokręgiem i wyłoniło na powrót, gdy drogę zastąpiły mu trzy kobiety. Ich nagie i chude ciała pokryte były popiołem i zaschniętą gliną. Ich włosy i palce u dłoni miały postać wijących się węży, które pluły jadem. Ich twarze wykrzywione były w przedziwnie, wargi spękane, a oczy błyszczały jak w gorączce.
– Czy wiecie, jak odnaleźć Ptaka Gromu? – Zapytał ich Syn Gromu.
– To potworne! Strzeż się go! – krzyknęła jedna z nich głosem pełnym grozy. – Strzeż się tej bestii, tylko śmierć czeka cię w jego domu!
– O nie szukaj go! – załkała inna. – Nie warto! Wróć skąd przybyłeś i zajmij się tym, co robiłeś wcześniej. Nie warto trudzić się, nie warto starać się, nie warto próbować…!
– Rozpacz! – Zawyła kolejna. – Rozpacz tylko czeka cię, smutek i cierpienie. Zawróć z drogi, zaiste, lub pozostań z nami, ale nie idź dalej i nie szukaj swej zguby…!
Syn Gromu poczuł się znużony zamętem które powodowały, tak więc wyjął swój topór i odciął im głowy. A gdy upadły na piasek zarówno one, jak i ciała zmieniły się w węże, które sycząc wpełzły między kamienie, i ciernie. Bohater zaś poszedł dalej.
Kolejny dzień i noc zbiegły mu na wędrówce, gdy oto nagle, na jego drodze, pojawiła się grupa ludzi ciągnąca wielka platformę na kółkach. Na platformie stała wieża, zbudowana z drewna i obwieszona koralikami, kolorowymi piórami, barwnymi wstążkami, i dzwoneczkami. Wyglądała przedziwnie w tej jałowej krainie, a ludzie wkoło niej grali na różnych instrumentach, tańczyli i pili wino z malowanych dzbanów. Widząc wojownika otoczyli go i zaczęli wołać:
– Spójrz, jaką mamy cudowną wieżę! Ona jest największa w tej krainie, ona jest najpiękniejsza na świecie! Radością jest patrzyć na nią, szczęściem jest zasypiać w jej cieniu! Czegokolwiek nie szukasz, czegokolwiek nie potrzebujesz, nasza wieża jest tym i czymś więcej! Zostań z nami i rozkoszuj się jej pięknem, zaiste, zostań z nami!
Syn Gromu zapytał:
– Czy wiecie, jak odnaleźć Ptaka Gromu?
Ale oni zakrzyknęli:
– Po co szukasz jakiegoś wyliniałego kurczaka? Nasza wieża ma piękniejsze pióra, niż on miał kiedykolwiek! Korale, które ją zdobią, jaśniejsze są od jego oczu! Z naszej wieży możesz spojrzeć dalej, niż widziałbyś z jego grzbietu! Zostań z nami! Upij się! Wejdź na wieżę!
Po raz kolejny bohater poczuł się znużony zamętem i rozgardiaszem. Dobył więc topora, uderzył w ziemię, a wieża rozpadła się na kawałki. Ludzie zaś widząc to, z rozpaczy potopili się we własnych dzbanach z winem. Wojownik przeszedł po ich trupach i poszedł dalej.
A gdy zapadł wieczór, dnia trzeciego, ujrzał przed sobą wielką, żelazną górę. Na jej szczycie znajdowało się gniazdo Ptaka Gromów, uwite ze stali i platyny. W gnieździe zaś leżało dziewięć jaj. Syn Gromu wspiął się na górę i stanął przed ogromnym ptakiem, którego ostre pióra były z metalu, a mordercze szpony mogły wyrwać serce z piersi olbrzyma. Ptak zaś widząc go, rozpostarł skrzydła, które zaćmiły niebiosa, wydał z siebie krzyk, który rozdarł przestrzeń i cisnął w niego dwoma błyskawicami ze swych oczu. Bohater jednak zaśmiał się tylko i schwycił je w dłonie, po czym splótł je razem niczym wieniec z iskier, i umieścił na swym czole.
– Ho ho! – Zahuczał Ptak Gromu. – Widzę, że musisz być zaiste Synem Burzy, skoro tak sobie łatwo poczynasz z mocą błyskawic! A skoro tak, to jesteś i moim krewniakiem. Powiedz mi, więc, co cię tutaj sprowadza, mały kuzynie?
– Chciałbym prosić cię o jedno z twoich krzemiennych jaj – Powiedział po prostu Syn Gromu.
– Dobrze! – zgodził się Ptak. – Choć Gwiazda niech mi będzie świadkiem, iż wszystkie są dla mnie bardzo cenne, i żadnego nie oddałbym  nikomu spoza mego rodu. Ale ty należysz do niego, dam ci więc jedno z nich.
Po czym pochylił się i złapał w dziób najmniejsze jajo. Podał je następnie wojownikowi, który ukrył jajo w sakwie przy pasie.
– Zasadź je w ziemi, – poradził mu Ptak. – a wtedy ujrzysz cud nad cudami. Zadziwi cię on niezmiernie, wszelako pamiętaj, nie tylko sama siła pozwala kierować mocą. Czasem przydaje się także i spryt.
Syn Gromu podziękował mu za dar i ruszył w powrotną drogę.

Wojownik szedł przez kolejne trzy dni i trzy noce, aż stanął w dolinie śpiewających źródeł, gdzie czekała na niego kobieta o srebrnych włosach. Wtedy pokazał jej czarodziejskie jajo i zasadził je w ziemi, tak jak poradził mu Ptak Gromu. Ona zaś podlała je wodą, którą przyniosła w złożonych dłoniach. I oto stał się cud nad cudami! Z jaja wyrosło drzewo cudowne! Jego pień był szeroki niczym kamienna wieża i sięgał czubkiem gwiazd. Jego kora byłą z platyny, a liście były tysiącami języków, przemawiających różną mową. Jego gałęzie zakwitły iskrami, a każda iskra zrodziła krzemienny orzech. Srebrnowłosa zaklaskała w ręce i roześmiała się, bardzo jej się bowiem spodobało to dziwowisko. Gdy nagle wiatr zawiał gwałtownie i w dolinie pojawił się jakiś włóczęga, odziany w zakurzoną, rudą szatę. Jego postać była wysoka i chuda, przypominając nieco kształtem kij podróżny, który dzierżył w ręku.
– Co tu się dzieje, małżonko moja? – przemówił przybysz. – Kim jest ten wojownik, u którego boku stoisz i co to za czarodziejskie drzewo wzrosło w naszej dolinie?
– Ach, przybyłeś wreszcie, mężu mój – odezwała się Srebrnowłosa. – Dziwne, że pamiętałeś jak tu dotrzeć, ja już bowiem zapomniałam już, kiedy widziałam cię po raz ostatni!
Wędrowiec zbliżył się i zmierzył wzrokiem ich oboje. A wtedy przemówił Syn Gromów:
– Witaj, kimkolwiek jesteś. Spodobała mi się twoja żona, Srebrnowłosa. Zamierzam ją zabrać ze sobą do mego kamiennego zamku w niebiosach. Jeśli masz coś przeciwko temu, możemy walczyć o jej względy.
– Zaiste, śmiele sobie poczynasz! – sarknął włóczykij w rudej szacie. – Przychodzisz i odbierasz mi małżonkę, strasząc śmiercią. Ty jesteś potężnym mężem i wojownikiem, ja zaś jeno strudzonym wędrowcem. Zobacz, ja nie mam przy sobie żadnej broni, prócz tego wyschniętego kija, co jest mi podporą. Ty zaś masz przy sobie topór, którego uderzenie kruszy zręby gór! Zaiste, nie świadczy to dobrze o twej odwadze i honorze, gdy wyzywasz na pojedynek takiego słabeusza jak ja!
Syn Gromu zmiarkował, że przybysz ma rację i zawstydził się nieco swojej popędliwości. Srebrnowłosa zaś rzekła.
– Uspokójcie się, mężu mój i ty, wojowniku burzy! Nierada bym widzieć rozlew krwi, który mnie, niewiastę, jedynie zasmuci. Trudno mi wybrać pomiędzy wami. Tyś był mi mężem przez wiele lat i przywykłam do twej niestałej obecności i ciętego dowcipu. Ty zaś jesteś wojem o wielkiej dzielności i sile, co także mi się podoba. Trudny to wybór, jednakże będę musiała go podjąć, bo inaczej, jak mniemam, ta ziemia spłynie czerwienią.
Obaj mężowie zgodzili się z nią. Kobieta zaś zamyśliła się przez chwilę, po czym przemówiła:
– Spójrzcie na wschód i ujrzyjcie dwa miasta na równinie!
Obaj spojrzeli w kierunku, który im wskazała i ujrzeli, dwa ludne miasta. Oba otoczone były wysokimi murami, których wieże i blanki lśniły w słońcu. Bramy ich były ze spiżu, a dachy z czerwonej miedzi.
– Chciałabym zostać królową jednego z nich. Ten z was, który mnie nią uczyni, zostanie moim wybrańcem!
– Jużeś nią została! – zawołał Syn Gromów.
Uderzył toporem w pień czarodziejskiego drzewa, a wtedy na ziemię posypały się krzemienne orzechy. Wojownik zebrał je wszystkie i zasadził w dolinie. Podlał je następnie wodą ze źródła, a ziemia poruszyła się i cudownym sposobem wyrosło z niej wojsko. Był to hufiec mężów rosłych, srebrną zbroją okrytych. Iskry słońca mieniły się na ich pancerzach i hełmach, które ozdabiały kity z końskiego włosia. W dłoniach ich lśniły oszczepy i młoty. Syn Gromów przemówił do nich:
– Idźcie i zdobądźcie to miasto na równinie!
Wojsko ruszyło na jego rozkaz we wskazanym kierunku. Kurzawa na chwile przesłoniła widok patrzącym, a gdy opadła, ujrzeli, jak hufiec magicznie zrodzonych wojów oblega miasto. Gdy uderzali, jego mury drżały i kruszyły się. Huk słyszalny był na wiele mil wkoło. Wkrótce padła główna brama, zaś żołnierze wkroczyli na ulice. Syn Gromów zaśmiał się wtedy, pewien zwycięstwa, a grzmot przetoczył się nad jego głową. Jego żołnierze walczyli dalej, pokonując obrońców miasta. A gdy nie stało obrońców, zaczęli zabijać ludność. A gdy ludności nie stało, uderzyli w ściany domostw, aż te zawaliły się. A gdy niczego już nie stało, poza nimi samymi, rzucili się sobie do gardeł i walczyli tak długo, aż wśród ruin, i pyłu nie pozostał żaden z nich. Śmiech zamarł wtedy na ustach podniebnego wojownika, bowiem ujrzał piękne miasto martwe i zrównane z ziemią. Rzekł jednak:
– Pani, oto miasto zdobyte. Czyń z nim wedle swej woli.
– Ruiny, nie miasto mi ofiarujesz – powiedziała Srebrnowłosa. – a ja nie pragnę być królową ruin! Niewielki z nich pożytek, panie popiołów!
Syn Gromów zawstydził się nieco. Wtedy jednak przemówił Wędrowiec:
– Teraz moja kolej by spróbować!
I dmuchnął lekko w stronę drzewa. Zaraz też jego oddech zmienił się w potężny wicher i zerwał wszystkie liście, będące tysiącami ruchliwych języków. Wędrowiec zaś pozbierał je, gdy pulsując i trzepocząc pełzały po ziemi. Przybił do swego kija i roześmiał się.
– Teraz – powiedział.– przemawiać będę mógł każdym językiem i mówić wszystko to, co inni zapragną usłyszeć. Z takim darem uczynię cię, żono moja, nie tylko królową tego miasta, ale i świata całego!
– Zaprawdę, słusznie rzeczesz! – powiedziała Srebrnowłosa podając mu rękę. – Zostanę więc z tobą. Język otworzyć może wiele drzwi i ścieżek, a to lepsze niźli być królową ruin! Cóż jednak uczynisz ty, Synu Burzy?
Zapytany odrzekł:
– Powrócę do mego kamiennego zamku w niebiosach. Zaprawdę, za długo przebywałem na ziemi i pojąłem to jedno: że trudno mi ją pojąć. Życie tutaj jest bardziej skomplikowane, niż to, do którego przywykłem. Dlatego odejdę stąd, sam, ale z wolnym od ciężaru sercem.
A gdy powiedział te słowa zaczął wspinać się po pniu czarodziejskiego drzewa. Aż w końcu wspiął się na sam wierzchołek i powrócił do nieba. Srebrnowłosa zaś ruszyła wraz z mężem ku miastu na równinie, wkrótce też oboje zostali wybrani jego królem i królową.

A jednak kobieta o srebrnych włosach nie zapomniała o samotnym wojowniku, przemierzającym niebiosa. I ilekroć słyszy w górze grom, dobywający się spod kół jego rydwanu, śmieje się i rozpuszcza włosy. A wtedy z nieba spadają strumienie wody, dźwięczące jak tysiące małych dzwoneczków. Ich pieszczota otula ciało Syna Gromu, gdy przemierza przestrzeń skryty w cieniu skrzydeł burzy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s