Baśń o Dzielnym Bazyliszku

Głęboko pod ziemią mieszkał Bazyliszek. Posiadał sześć okrutnie pazurzastych łap, długi, giętki ogon, kogucią głowę i przeraźliwie żółte oczy, które miały moc obracania innych istot w kamień. Posiadał także wielki skarb: perłę niezwykłej piękności, której strzegł w swej pieczarze. A była to perła cudowna, która lśniła własnym blaskiem w podziemnej komnacie Bazyliszka. Zaprawdę, nie było piękniejszej od niej na całym świecie. Wiedział o tym gad czarodziejski i niezwykle radował się z jej obecności. Ona bowiem rozświetlała jego dni, lata i dekady spędzone w podziemiach. Ona zapewniała mu szczęście i ukojenie w mroku, on zaś często zasypiał, zwinięty trzy i pół raza, wokół perły, tak aby pilnować jej nawet we śnie.

Stało się jednak wielkie nieszczęście, albowiem dnia pewnego (lub nocy pewnej – któż bowiem w podziemiach brzask od zachodu odróżnić może?) podstępna królewna skradła perłę Bazyliszka. Zakradła się do jego komnaty, gdy spał i uczyniła głębszą jego drzemkę, śpiewając pieśni czarowne, i słodkie. A gdy zapadł w jeszcze silniejsze omdlenie, zręcznymi dłońmi wysupłała perłę z wężowych splotów jego ciała. Ukryła ja przy piersi i cicho, niczym motyl, opuściła grotę. Zbudził się po chwili bazyliszek, czując chłód dziwny i nieznany. Zbudził się i zapłakał w ciemności. Zrozumiał bowiem, iż ktoś go zdradziecko czarami otumanił, później zaś okradł, pozostawiając samego sobie. Jakże ponurą i pustą wydała mu się teraz jego komnata, pozbawiona blasku cudownej perły! Jakże złowieszcze wydały mu się dni, które miałby spędzić bez swego jedynego skarbu! Smutek wypełnił jego serce, a choć łzy sypiące się z jego żółtych ślepi, zmieniały się w diamenty, upadając na ziemię, żaden z nich nie mógł się równać z perłą, którą utracił.
Wszelako, żal jego, choć wielki, minął po jakimś czasie – albowiem żaden smutek nie jest wieczny. Otarł wiec łapką swój pysk gadzio-koguci i rzekł do siebie te słowa:
– Zaprawdę, nie czas to by rozpaczać w samotności. Pożytku bowiem nie ma z tego wcale, a jedynie ból bardziej doskwiera. Trzeba pomyśleć, jak tu odzyskać moją perłę, abym na powrót mógł cieszyć się jej blaskiem. Wyjdę przeto na powierzchnię i dowiem się, kto mógł ją zabrać i gdzie się ukrył. Zabiorę także ze sobą moje łzy, może widząc je złodziej wzruszony zwróci mi to, co zagrabił?
Jak powiedział, tak też zrobił. Łzy-diamenty schował w czarny, jedwabny woreczek, który zawiesił na swej szyi i ruszył ku wyjściu ze swej groty. A droga to była długa i mozolna, ciągnąca się mrocznymi i posępnymi korytarzami, które wiły się w mroku podziemi, tworząc istny labirynt. Jednak bazyliszek znał jego tajemnice. I choć łapki miał krótkie i nienawykłe do długich podróży, a oczy jego raził blask dnia, stanął wreszcie na zielonej ziemi, przed wejściem do swej groty. I chociaż zlęknął się z początku wielkiego nieba nad swoją głową, jasnego słonka i dźwięków nieznanych, przecież postanowienie jego silniejsze było niż strach. Ruszył więc prosto przed siebie, aby odnaleźć perłę.

I szedłby tak pewnie do dziś dnia, poszukując perły, a nie wiedząc w którą stronę się udać, gdyby nie spotkał samotnego Wędrowca. Dziwny był to człowiek, odziany w tęczowe gałgany i szary, wystrzępiony płaszcz. Twarz jego, ukryta pod kapturem, zdawała się blada niczym porcelanowa maska. On to nie uklęknął się wcale bazyliszka, lecz sam podszedł ku niemu i odezwał się w te słowa:
– Witaj, o szlachetny synu Wężowego Króla! Dziwna to rzecz, spotkać ciebie tutaj, tak daleko od jaskiń podziemnych, w których zwykle przebywa twój rodzaj. Zaiste, powiedz mi co się stało, iż opuściłeś swe leże i udałeś się na wędrówkę? Musi być to historia arcyciekawa!
Bazyliszek pomyślał, iż nie można marnować okazji, którą los mu sam zsyła w darze. Przywitał więc grzecznie Wędrowca, nie spoglądając jednak na niego wprost, lecz zezując jedynie na jego buty. Za czym wyjaśnił mu co się stało i czego poszukuje.
– No, no! – powiedział Wędrowiec, gdy już zrozumiał, w czym rzecz. – Jak mówiłem, arcyciekawa to historia! Ponadto rad jestem, iż mogę pomóc ci w poszukiwaniach! Znam bowiem dobrze te ziemie i wiem, iż są tutaj jedynie trzy istoty, które mogłyby ukraść twą perłę. Pałają one bowiem żądzą posiadania skarbów, a znają też dobrze sztuki czarodziejskie.
Bazyliszek zamachał ogonem z ukontentowania i słuchał pilnie dalej. Wędrowiec zaś kontynuował:
– W krainach tych mieszkają trzy królewny. Każda z nich mogła pozbawić cię skarbu, bowiem każda z nich przywykła dostawać to, na co ma ochotę. Niestety, nie powiem ci, która z nich go posiada. To będziesz musiał odkryć sam. Pozwól jednak, iż wskażę ci tą ścieżynkę. Zaprowadzi cię ona do zamku pierwszej z nich. A jeśli nie okaże się to celem twej wędrówki, wskaże ci także drogę do drugiego i trzeciego pałacu. Teraz zaś pożegnam cię, choć, jeśli los pozwoli, kiedyś jeszcze się spotkamy!
– Żegnaj nieznajomy – powiedział Bazyliszek. – Żegnaj i niechaj ci się w drodze darzy! Pomogłeś mi bowiem ogromnie i naprawdę nie wiem jak mógłbym ci się odwdzięczyć…
– Nie trap się o to! – zawołał Wędrowiec wesoło. – Radością było dla mnie wspomóc wężowe plemię i to jest dla mnie największą nagrodą. Teraz zaś ruszaj niezwłocznie, aby odzyskać, co utraciłeś.
Bazyliszek podziękował mu raz jeszcze, po czym pożegnali się i podążyli każdy w swoją stronę. Długo wędrował Bazyliszek, choć łapki miał krótkie i nienawykłe do takich podróży, a oczy jego raził blask słońca. Choć lękał się wielkiego nieba nad swoją głową, choć dziwował się widząc drzewa, chmury i gwiazdy. Aż wreszcie przybył do zamku pierwszej królewny. A był on otoczony przez brunatne, błotniste pola, na których pracowali parobkowie odziani w przetłuszczone łachmany. Twarze ich były nieprzyjazne, ponure i ciemne od brudu. Zaraz też zobaczyli Bazyliszka i złapali za widły, cepy, i kosy – co kto miał pod ręką, aby go ubić.
– Nieznany potwór! Nieznany potwór! – wołali.
Z wielkim krzykiem i hałasem rzucili się na niego, ale Bazyliszek jedynie spojrzał na nich wprost i wszyscy zamienili się w kamień. Zaś nasz dzielny gad czarodziejski skierował się ku bramom warowni. Wypadła na niego straż zamkowa, równie ponura i niechlujna jak parobkowie, lecz Bazyliszek trucizną w ich kierunku zionął, tak, iż wszyscy padli na ziemię, bez życia. Jad jego oddechu był zaś tak silny, iż przeżarł metal i drewno – a brama zamkowa runęła przed nim w proch. Bazyliszek minął ją i wszedł na dziedziniec. Tutaj jednak nie zastał nikogo, jedynie cisza odpowiedziała mu z krużganków. Ani jednego dworzanina nie ujrzał, ani jednego sługi, jeno porozrzucane w nieładzie sprzęty, jakby ci, którzy ich używali, rzucili je przed chwilą i uciekli w panice. Stanął nasz bohater pośród tego wszystkiego i ją rozmyślać, co teraz uczynić. Gdy wtem, za sobą usłyszał syk:
– Posssłuchaj kusssynie…!
Bazyliszek zwrócił się w tym kierunku i ujrzał małego węża, który wypełzał właśnie z zamkowej studni, na dziedziniec. Pospieszył więc ku niemu, na swych krótkich łapkach i zapytał troskliwie:
– Nie obawiasz się mnie, niewielki wężu?
Wąż zaś odparł:
– Oczywiście, że nie ssstrasznyś mi, kusssynie. Sssam wszakże pochodzę z wężowego rodu, przeto sssnieść mogę sssarówno twe ssspojrzenie, jak i twe trujące sssionięcie. Nie o tym jednak chciałem sss tobą mówić!
Bazyliszek przysiadł, na swych krótkich łapkach i zapytał:
– O czym przeto chciałeś mówić ze mną?
– Sssłuchaj – odpowiedział mały wąż. – przybyłeś tutaj szukając królewny. Wiem o tym dobrze, bowiem ród mój posssiada wiedzę o sssprawach ukrytych. Jednak nie sssnajdziesz jej. Musisz wiedzieć, iż na wieść o twym przybyciu, królewna, ssse ssstrachu kasssała sssamurować się w wieży. Jej tchórzliwi dworzanie uciekli, porzucając ją. Niechybnie więc przyjdzie jej sssemrzeć sss głodu w sssamknięciu.
– Niechaj tak się stanie! – powiedział Bazyliszek. – Sama na siebie ściągnęła to nieszczęście. Zaiste, nie mogła być tą, której szukam. Tamta miała odwagę by zejść do mej pieczary i sama w mroku odnalazła perłę. Musiała więc być osobą dzielnego serca i niezłomnego ducha. Królewna, której szukam, z pewnością nie będzie ukrywać się przede mną tak haniebnie.
Po czym podziękował małemu wężowi za informacje i odszedł dalej ścieżką.

Długo wędrował Bazyliszek, choć łapki miał krótkie i nienawykłe do takich podróży, a oczy jego raził blask słońca. Choć lękał się wielkiego nieba nad swoją głową, choć dziwował się widząc kwiaty polne, barwne ptaki i szemrzące strumienie. Wędrował tak, aż stanął pod zamkiem drugiej królewny. A był on otoczony przez piękne ogrody, w których srebrzyły się fontanny i wodotryski. Chodzili po nich artyści i kapłani, dyskutujący o naturze piękna, i prawdy, i śpiewający nabożne pieśni. A gdy ujrzeli Bazyliszka zbliżyli się do niego grzecznie i pozdrowili go, choć żaden z nich przezornie nie spoglądał mu w oczy. Najstarszy zaś przemówił do niego takimi słowami:
– Po cóż srożyć się i gniewać? Po cóż krzywdzić inne stworzenia? Łagodnym stań się, straszny stworze i powróć szybko pod ziemię, gdzie twoje miejsce.
Bazyliszek odrzekł mu na to:
– Nie przychodzę do was z gniewem i nie krzywdzę niewinnych. Pragnę odnaleźć to, co drogie memu sercu i co zostało mi skradzione. Pozwólcie mi przejść, w pokoju, a…
Kapłan jednak przerwał mu, zwracając się do swych towarzyszy:
– Słyszycie, jak nam grozi ten obrzydliwy potwór? Ach, ileż jadu musi mieć w sercu! Niechybnie, pragnie nas wszystkich tutaj pożreć! Jednakże nasza dobroć i łagodność musi pokonać to zło, które w nim się chowa! Nuże bracia, wspomóżcie mnie w tym dziele, abyśmy zwyciężyli plugastwo tego stworu i odesłali go z powrotem pod ziemię!
I wszyscy razem złapali się za ręce, tworząc krąg wkoło Bazyliszka. Po czym zaczęli śpiewać i modlić się o to, by przepadł na ich oczach, aby ich światłość zatriumfowała. Na próżno Bazyliszek próbował przemówić im do rozumu, żaden z nich nie chciał go słuchać. Wołali tylko:
– Nie mów do mnie, ohydny potworze, bowiem nie godzi mi się słuchać podszeptów zła!
Lub też:
– Nie przerywaj mi, paskudo, albowiem to co czynię, czynię dla twojego dobra i zbawienia!
Przeto gad czarodziejski, rad nie rad, zionął na nich trucizną, tak, iż wszyscy padli martwi, na ziemię. Ucichł tedy harmider jaki czynili i spokój powrócił w zamkowe ogrody. Bazyliszek zaś udał się na dziedziniec pałacu. Tam jednak nie ujrzał nikogo, albowiem słudzy i dworzanie, widząc los swych poprzedników uciekli w panice. I zadumał się Bazyliszek nad tym, co mu teraz czynić należy, gdy oto usłyszał głos:
– Posłuchaj mnie, czarodziejski gadzie!
Odwrócił się w stronę z której dobiegało to wołanie, i ujrzał łabędzia pływającego w niewielkiej, okrągłej sadzawce. Była ona wypełniona krystaliczną wodą, zaś pływający po niej ptak, był śnieżnobiały. Bazyliszek zbliżył się do niego, na swych krótkich łapkach i zapytał:
– Jak to możliwe, że się mnie nie lękasz, Łabędziu?
Łabędź odpowiedział:
– Spoglądam nie na ciebie wprost, lecz na twe odbicie w wodzie, przeto wzrok twój nie może mnie zranić. Słuchaj jednak, albowiem mam ci coś do powiedzenia.
Bazyliszek zapytał:
– Czy chcesz mi rzec coś o królewnie z tego zamku?
– W rzeczy samej – odpowiedział Łabędź. – Zapewne jej szukasz, co przepowiedzieli jej już dawno artyści i kapłani. Gdy jednak usłyszała o tym, że się zbliżasz, zlękła się okropnie. Opuściła zamek i przemieniona w biała łanię, uciekła do lasu. Tam zaś dopadły ją okrutne wilki i zagryzły żywcem.
– Smutne to – odrzekł Bazyliszek – A jednak sama na siebie ściągnęła ten los. Powiedz mi jednak, gdy umarła, co stało się z jej krwią?
– Jej krew spadła na ziemię i zamieniła się w rój skorpionów. – odparł na to Łabędź.
– A zatem nie mogła to być ta, której szukam – odpowiedział Bazyliszek – Moja królewna potrafiła znieść truciznę mego oddechu, nie może mieć przeto zatrutej krwi. Dziękuję ci, zacny łabędziu za twą opowieść. Żegnaj mi, albowiem droga moja wiedzie dalej…
Jak powiedział, tak uczynił. I ruszył swą ścieżką do zamku trzeciej królewny.

Długo wędrował Bazyliszek, choć łapki miał krótkie i nienawykłe do takich podróży, a oczy jego raził blask słońca. Choć lękał się wielkiego nieba nad swoją głową, choć dziwował się widząc blask jutrzenki, wesołe pszczoły i pola ozłocone żytem. Aż wreszcie stanął u stóp wysokiej góry. A była ona pokryta gęstą puszczą, jakiej gad czarodziejski nie widział jeszcze nigdy. I gdy już miał wkroczyć w cień drzew odwiecznych, coś zaszumiało, zaćwierkało nad jego głową, i usłyszał wołanie:
– Posłuchaj mnie, posłuchaj mnie, królu gadów!
Bazyliszek próbował wypatrzyć kogoś w gęstwinie i wkrótce ujrzał, iż na jednej z gałęzi, tuż ponad nim, siedzi błękitny zimorodek. Zapyta się go więc:
– Jak to się stało, iż nie obawiasz się mnie, mały, błękitny ptaku?
A Zimorodek odpowiedział, szczebiocząc perlistym głosem:
– Och, to proste, latam zbyt szybko i zbyt wysoko, aby twe spojrzenie, lub twój oddech mógł mnie dogonić! Ale nie kłopocz się o to. Dlatego, iż dalej sięga mój wzrok, wiem o rzeczach, o których ty nie możesz wiedzieć.
– Czy o nich chcesz mi opowiedzieć?
Zapytał Bazyliszek.
– Istotnie! – odparł Zimorodek. – Posłuchaj, od dawna śledzę twoją wędrówkę. Wiem, że pokonałeś długą drogę i stawiłeś czoła wielu niebezpieczeństwom. Ty nie widziałeś mnie nigdy, bowiem rzadko spoglądasz w niebo, którego ogrom cię przeraża, ale ja patrzyłem na ciebie cały czas. A teraz nastała pora, abym ci pomógł. O tak!
– Słucham cię z uwagą – odrzekł Bazyliszek. – zwłaszcza, iż czuję, że masz mi coś do powiedzenia o królewnie, której szukam.
– Tak właśnie jest! – zaszczebiotał ptak. – Tak właśnie jest! Królewna której szukasz mieszka bowiem w tym zamku. To ona zabrała twoją perłę. Jednak strzeż się! Na dziedzińcu bowiem oczekuje cię jej rycerz, odziany w czerwoną zbroję! Wielki to wojownik i mężne serce posiada. Nie lęka się ciebie, lecz gotuje ci zgubę, abyś nigdy nie dotarł do celu swej podróży.
– Cóż więc proponujesz? – zapytał Bazyliszek.
– Mam ja magiczne pióro Feniksa. O tak! O Tak! – zaszczebiotał Zimorodek. – weź je prędko do paszczy i ukryj pod językiem. Ono pomoże ci, jeśli walka obróci się na twoją niekorzyść.
A gdy to rzekł, tuż przed nosem Bazyliszka opadło karmazynowe piórko. Gad podziękował więc Zimorodkowi za ostrzeżenie i pomoc, po czym wziął je do paszczy, i ruszył dalej.
Długo wspinać się musiał po krętej i skalistej ścieżce, choć łapki miał krótkie i nienawykłe do górskich wędrówek. A jednak serce jego było dzielne, a miłość do perły wielka, pokonał więc wszystkie przeszkody. Na koniec znużony, a jednak pewny swego celu, stanął przed murami zamku. I zdziwił się wielce, albowiem brama do niego była otwarta na oścież. Przekroczył ją przeto bazyliszek i ujrzał na dziedzińcu ogromnego rycerza w czerwonej zbroi. Wojownik dobył miecza i zakręcił nim nad głową, za czym zawołał:
– Nie lękam się ciebie, zły gadzie! Nuże, uciekaj albo giń! Pragnę zatopić ostrze w twym sercu!
Po czym ruszył na Bazyliszka. Gad czarodziejski spojrzał na niego, aby zmienić go w kamień, jednak rycerz w porę zdołał odwrócić wzrok. Zionął tedy na niego trucizną, lecz wojak dopadł go pierwszy i zatopił ostrze głęboko w jego boku. Przewrócił się Bazyliszek łapkami do góry i ujrzał jak rycerz staje nad nim wznosząc miecz do ostatecznego ciosu.
– Ha! – wołał – Ubiłem cię, gadzino!
Wtem jednak stała się rzecz dziwna. Zanim spadł miecz na głowę Bazyliszka, ogarnął go ogień ogromny i blask złocisty. I nagle – szybciej niż zdążyłbyś zawołać: ojej – na miejscu Bazyliszka pojawił się ognistopióry Feniks. Spojrzał jasnymi oczyma na rycerza i rzekł:
– Za dużo w tobie nienawiści, abyś mógł dzierżyć to ostrze.
A słowa jego stały się płomieniami, które wypełniły zbroję wojownika i spaliły go doszczętnie. Na dziedziniec zaś upadły jeno dymiące i poczerniałe fragmenty zbroi.
Słysząc krzyki swego rycerza, królewna wyszła z wieży i ujrzała szczątki swego obrońcy, oraz cudownego ptaka, który jaśniał niczym słońce. I zawołała w głos:
– Zaprawdę, cóż to za piękne stworzenie! Zachwyca mnie jego światło, niczym iskra w głębi tej czarodziejskiej perły, którą ongiś wykradłam z ciemnej i ponurej jamy bazyliszka. Och, jakże pragnę zanurzyć się w nim, porzucając blask słońca i księżyca, który teraz wydaje mi się jedynie ułudą!
Podbiegła zaraz ku Feniksowi i rzekła:
– Kocham cię, cudowni ptaku. Zabierz mnie ze sobą!
A Feniks, który był kiedyś Bazyliszkiem, otulił ją swymi skrzydłami. I wielki ogień spalił królewnę, jej szaty, i białe, niczym marmur, ciało. Aż nie zostało nic, oprócz perły, którą nosiła na sercu. Tą perłę ujął delikatnie w dziób, ów Feniks, który był kiedyś Bazyliszkiem. Później zaś wzbił się w powietrze i odleciał ku wysokiemu niebu. I nikt nigdy nie ujrzał go więcej.

Reklamy

16 responses to “Baśń o Dzielnym Bazyliszku

    • Całość bazuje na odwróceniu tradycyjnego motywu. Niemniej chciałem także aby Bazyliszek wydawał się sympatyczny i aby budził pewnego rodzaju współczucie – został okradziony, ma krótkie łapki etc. Oraz pewnego rodzaju podziw – mimo przeciwności wyrusza w obcy i wrogi świat, by odnaleźć to co kocha.

        • Dokładnie – dobre porównanie. 🙂
          Chodziło mi także o to, aby pokazać, że ktoś kto jest powszechnie uważany za złego lub gorszego, może mieć tak naprawdę pozytywne cechy. Więc jak sądzę, baśń ta uczy też trochę o akceptacji inności. Taki był przynajmniej jeden z mych zamysłów (poza paroma innymi, które tutaj też ukryłem pod warstwą symboli).

          • Takie symboliczne teksty lubią nauczyciele języka polskiego. Kto wie, może kiedyś któreś z twoich opowiadań będzie w podręczniku do języka polskiego, albo tomik baśni stałby się lekturą szkolną. Byłaby to miła odmiana od niektórych dzisiejszych lektur 🙂

            • Z wykształcenia jestem właśnie polonistą… Wydało się, dlaczego jestem tak skrzywiony. 😉
              Ale co do lektur masz całkowitą rację – współczesny wybór raczej zniechęca młodzież do książek niż promuje czytanie. Te nudne cegły, które dzieciaki muszą czytać w szkole, są tak tragiczne, że mało kto na Filologii Polskiej je w ogóle do ręki bierze. 😉

  1. No i tacy jak ty powinni zasiadać w Ministerstwie Edukacji Narodowej.Nie powiem, niektóre „cegły” są ciekawe. Np. ja uwielbiam ,,Krzyżaków” i często do nich wracam. Ale kiedy byłam w gimnazum i widziałam z jakim zapałem zabierają się do tej powieści moi rówieśnicy to wnioski podobne do twoich 🙂 A w podstawówce jeszcze dzieciakom chce się czytać. Mnie osobiście na szczęście długie książki nie nudzą, wręcz przeciwnie im dłuższe tym lepiej. Uwielbiam książki tomowe i jestem w stanie strawić nawet najnudniejszą lekturę szkolną, jeżeli wiem, że muszę. I zawsze staram się w jakiejś książce dostrzec chociaż jedną pozytywną cechę. Niestety nie wszyscy są tacy i czytanie lektury, o ile w ogóle zaczęli, kończą po parunastu stronach

    • Cóż, niestety w polskich realiach tacy jak ja, mają zwykle problemy z pracą, bo nie chcą się dostosować do odmóżdżającego szkolnego systemu. A co gorsza próbują uczyć młodzież samodzielnego myślenia.
      Ja także lubię czytać i nawet za dzieciaka objętość lektury nigdy mnie nie przerażała. Niemniej, nawet jeśli chodzi o młodzież, która mniej lubi czytać – można im także pokazać, że książka może być fascynującą przygodą. Trzeba tylko im pokazać jakąś DOBRĄ książkę, a nie np. Żeromskiego – który był najbardziej depresyjnym pisarzem w naszej kulturze.

      • Szczerze mówiąc nie przypominam sobie radosnej lektury. Weźmy np. Romeo i Julia. Wiem, że przekazuje fajną treść ale po kilku książkach Szekspira (czytałam również te, które nie były w podstawie programowej) mam dość smutnych losów bohaterów i ich poświęceń. Aktualnie w szkole przerabiam ,,Tristana i Izolde”. Jak byłam mała obejrzałam bajke i zaciekawiło mnie. Dopiero kiedy okazało się, że w książce jest inaczej niż w bajce, mianowicie tytułowi bohaterowie nie żyją długo i szczęśliwie, doszłam do wniosku-no tak kolejna, podobna lektura: dwoje zakochanych, trudna miłość, jeden ginie przy drugim. Już szczerze mówiąc kryminały są lepsze-przynajmniej morderca jest odnajdywany i skazany, wiec jakiś tam happy end.

    • Nieźle. Mi w podstawówce udało się sklecić jeden wiersz 🙂 A jak próbowałam pisać książki to hmm… powiedzmy że mam 4 zaczęte po parenaście lub paredziesiąt stron i już raczej ich nie skończe. Jedyne co mi wychodzi to wiersze, które cały czas piszę, a ty widać , że masz talent do dłuższego pisania. Nie myślałeś może, by napisać jakąś książkę, ale nie składającą się z krótszych tekstów, tylko taką normalną, w całości, pisaną jednym ciągiem nie wiem jak to nazwać. Masz wyobraźnie, a to chyba najważniejsze przy pisaniu. Bądź co bądź nikt nie chce zanudzić czytelnika 🙂

      • Jak byłem młodszy, chciałem zostać pisarzem. Napisałem wtedy jedną powieść i dwie minipowieści. Jednak teraz już mnie to aż tak nie pociąga. Wolę krótsze formy, są jak dla mnie ciekawsze, bardziej hmmm… skondensowane. Większość mojego pisania ma charakter dość intuicyjny, wizyjny i surrealistyczny – a to także nie sprzyja długim formom (które zwykle trzeba drobiazgowo zaplanować).

        • Ale i tak dobrze, że są jeszcze tacy ludzie jak ty,którzy umilają czas innym publikując swoje opowiadania. Chyba skończymy na razie pisać, bo nigdy nie przeczytam reszty twoich dzieł 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s