Baśń o Czarnym Chlebie

W pewnej wiosce, w ubogiej chacie na skraju lasu, mieszkała biedna wdowa. Nie miała nikogo na świecie, oprócz jedynego syna, którego kochała nad życie. On jednak rzadko bywał w domu, albowiem zajmował się wojaczką. Jego ścieżki biegły więc daleko od domu, do dziwnych i obcych krajów, w których wojowali nieznani królowie, i gdzie ich armie ścierały się przy dźwiękach werbli i surm.
Śmierć jednak nawiedza nie tylko obce krainy i nie tylko wśród zbrojnych zbiera swe żniwo. I gdy pewnego razu, syn wdowy walczył w dalekich stronach, nadeszła wyjątkowo sroga zima. Wiatr za oknem zawodził nieustannie wciskając się w szczeliny ubogiej chatki, podczas gdy ogień na kominie zdawał się dogorywać powoli. Wdowa więc wdziała wszystkie swe spódnice, okutała się wełnianą chustą i udała się do lasu. Zamyślała uzbierać nieco chrustu, aby ochronić się przed mrozem. Tam to, w ciemnym borze, samotną i bezbronną, napadł wilk okrutny i zabił. Sąsiedzi rankiem znaleźli ciało staruszki i pogrzebali je na miejscowym żalniku, jak nakazywał obyczaj. Wszyscy litowali się nad jej losem, jednak jeszcze bardziej lękali się wilka, który zdawał się poczynać sobie coraz śmielej. Nocami nad lasem rozlegało się jego przeciągłe wycie, a wieśniacy truchleli z przerażenia w swych chatach, tuląc w ramionach przerażone dziatki.
Wiosna powróciła, a wraz z nią powrócił i syn wdowy. Nie zastał jednak matki w chałupie. Dobrzy ludzie opowiedzieli mu jednak co się stało i wskazali mu mogiłę, porośniętą konwalią i niezabudką. Młodzieniec klęknął przy mogile i zawołał:
– Biada mi! Gdybym nie opuścił starej matki w potrzebie, zapewne żyła by nadal! Jakże wyrodnym synem się okazałem! Klnę się na krew własną, iż uczyniłbym wszystko by przywrócić życie mej biednej rodzicielce! Niech będzie przeklęta bestia z lasu, zgładzę ją i pomszczę tą zbrodnię!
Mówiąc to porwał się na nogi i niechybnie pobiegłby w ciemny bór, gdyby lamentów jego nie usłyszała wcześniej mądra kobieta. Ona to zatrzymała go, mówiąc:
– Hola, wojowniku, zabicie zwierza nie przywróci twej matce życia. Tak jak i twoje lamenty nad jej kośćmi.
– Zejdź mi z drogi wiedźmo – warknął wojownik – lub podaj jakiś sposób, który mógłby zaradzić nieszczęściu, miast gadać po próżnicy!
Mądra pokręciła głową nad jego gwałtownością, widząc jednak, że jest w potrzebie przemówiła tymi słowy:
– Posłuchaj mnie, uważnie, młodzieńcze. Twoja matka opuściła już krainę żywych, a jej dusza wywędrowała do Królestwa Umarłych. Niewielu śmiertelników zapuszcza się tam, bowiem władają tam siły potężniejsze niż ziemska tęsknota czy gniew. Niewielu zresztą stamtąd powraca…
– Nie lękam się śmierci – odrzekł wojownik. – Wiele razy patrzyłem jej w twarz. Daj mi jeno sposób bym mógł udać się za duszą mej matki, a może dowiem się, jak ją odnaleźć i przywrócić światu.
– Jeśli tak zechcesz – rzekła Mądra – stanie się wedle twej woli. Przynieś mi do zmroku sześć żonkili, ziemię z tropów wilka i pióro bocianie, a uwarzę ci napój magiczny. On to pozwoli ci widzieć dusze zmarłych i odnaleźć miejsce, przez które podróżują do swego królestwa. Reszta będzie w twoich rękach.
Wojownik posłuchał jej rady: na żalniku zerwał złociste narcyzy, w ciemnym borze odnalazł trop wilka, na rozlewiskach wedle rzeki zaś pióro bocianie. Wszystko to zaniósł jeszcze przed zmrokiem do chałupy wiedźmy. Ona zaś uwarzyła mu napój magiczny i pouczyła go tak:
– Idź teraz na kościelec i stań wedle świeżej mogiły. Wypij napój i czekaj co będzie. Nie odzywaj się jednak słowem. Jeśli los będzie łaskaw, ujrzysz duszę opuszczającą grób. Patrz wtedy uważnie gdzie zejdzie ona pod ziemię, po czym zejdź za nią, w tym samym miejscu. Tam bowiem ukryte będzie przejście do Królestwa Umarłych.
Syn wdowy podziękował jej i uczynił tak, jak mu rzekła. Miesiączek świecił jasno na niebie, gdy stanął przy świeżym grobie. Wypił miksturę magiczną i siadł nieopodal. Trzy razy huknęła sowa, zachichotał lelek w borze, on jednak czekał dalej w ciszy, pomny słów wiedźmy. Jakoż wkrótce ujrzał, jak z ziemi wychodzi dusza, podobna do srebrnego oparu znad rzeki, i zaczyna krążyć wkoło, niespokojnie, jakby czego szukając. Obeszła tak mogiłę dziewięć razy – wreszcie zatrzymała się w jednym miejscu i wniknęła pod ziemię, z cichym ni to westchnieniem, ni to jękiem.
Na to czekał jeno młodzieniec, który zaraz podbiegł tam i jął szukać zejścia do podziemi. Jednak ujrzał tylko ziemię niewzruszoną, mchem zielonym porosłą. Nie podał się wszakże, lecz padł na kolana, dobył miecza i kopać w niej począł, dłońmi niecierpliwie glebę odgarniając. Jakoż wkrótce uczuł, że ostrze trafia w próżnię, po chwili zaś oczom jego ukazała się zionąca mrokiem jama.
– Musi być to zaiste wejście do owej krainy, o której mówiła Mądra – mruknął sam do siebie. Za czym miecz przypasał, wziął ogarek z mogiły nieopodal i ostrożnie spuścił się do dziury. Zrazu otoczył go chłód i trwoga, jakoby samo to miejsce pragnęło jego zguby. Jednak wojak nie przejął się tym i w nikłym świetle grobowej świecy zaczął rozglądać się dookoła. Miejsce, w którym stał przypominało podłużny korytarz, ciągnący się lekkim skosem w dół. Ze ścian wyrastały korzenie i pędy roślin, zaś między nimi można było dostrzec tłuste, białe robaki. Powietrze było ciężkie od wilgoci i słodkiego zapachu zgnilizny. Młodzian ruszył ostrożnie przed siebie. Za każdym krokiem wydawało mu się, że zagłębia się coraz bardziej w ten dziwny świat, pozostawiając za sobą wspomnienia życia i słońca. Korytarz ciągnął się długo. Wkrótce korzenie drzew zniknęły, zastąpione przez skały – zielone, rude i czarne. Mrok wkoło przybrał jeszcze na sile i sam bohater nie wiedział już, jak długo tak idzie, gdy nagle korytarz skończył się ogromną jaskinią. A była ona zaiste wielka niczym jakowyś dziwny podziemny świat. Jej ściany ginęły w mroku, a sklepienie wznosiło się wysoko, niczym kamienne niebo. Cała też wypełniona była szarym, dziwnym blaskiem, przypominającym zgrzebną szatę zmierzchu, lub też niemoc długiej, samotnej godziny przed świtem.
Wojownik odrzucił ogarek, który zdołał się już wypalić do szczętu i ujrzał, iż znajduje się na wąskiej ścieżynce. Szła ona przed nim czas jakiś, aż w końcu rozdwajała się na dwie bliźniacze drogi. Wedle skrzyżowania zaś, na wbitym w ziemię drągu siedział kruk i spoglądał na bohatera oczyma czarnymi, niczym mrok bezgwiezdny.
– Czego tu szukasz? – powiedział. – Nie należysz do tego miejsca.
– Nie twoja to sprawa – odwarknął mu wojownik.
– Tam skąd pochodzę – powiedział kruk – wędrowcy bardziej szanują strażników.
– Tam skąd pochodzę – powiedział wojownik – ptaki nie gadają.
Kruk wydawał się być tym nieporuszony. Wojownik więc zaczął jeszcze raz:
– Dobrze więc, niech będzie po twojemu. Szukam duszy mojej matki, która zmarła zimą. Możesz mi w tym jakoś pomóc?
– Zadaj pytanie – powiedział kruk.
Wojownik zastanowił się chwilę spoglądając na obie ścieżki:
– Co się stanie, jeśli pójdę w lewo? – zapytał w końcu.
– Jeśli pójdziesz w lewo wyzwolisz się od wszelkich cierpień i znajdziesz odpowiedzi na wszelkie pytania – powiedział kruk.
– Brzmi to jak obietnica śmierci – odparł wojownik.
– Istotnie – odrzekło ptaszysko – to właśnie miałem na myśli.
– Nie lękam się jej – rzekł wojownik. – Niemniej może ona jeszcze trochę na mnie poczekać. Wszak i tak zbliżam się do niej z każdym krokiem, nie ważne jaką podążam ścieżką. Powiedz mi jednak, co stanie się, jeśli pójdę w prawo?
– Jeśli pójdziesz w prawo – powiedział kruk – spotkasz tylko trudy i znoje, nagrodzone niewielką nagrodą, zupełnie różną od tej, jakiej oczekiwałeś.
– Brzmi to jak życie – powiedział wojownik.
– Odgadłeś – rzekł kruk. –  Spotkamy się jeszcze. W godzinę gdy pożywię się ciałem i odbiorę formę twym marzeniom.
To wypowiedziawszy rozwinął skrzydła odleciał, zanim wojownik mógł zadać mu kolejne pytanie.
Rozważywszy swą sytuację młodzieniec wybrał prawą ścieżkę i ruszył przed siebie. Szedł tak i szedł, przez ową upiorną i szarą krainę, aż dotarł do przedziwnej budowli. Stałą ona tuż nad zakolem mętnej rzeki, dźwigając wielkie koło zanurzone częściowo w wodzie. Po nim poznać można było, iż jest to młyn jakowyś. Jednak jakże niepodobny do tych, które wznoszą żywi ludzie, aby plon z pół zebrany mełły na białą mąkę! Konstrukcja była ogromna i wznosiła się wysoko w górę, strasząc pustymi oknami, ciemnymi niczym oczodoły czaszki. Jej szare i niedostępne mury zdawały się być uczynione z jednego bloku skalnego. Jakby same kości ziemi wyrosły w tym kształcie, bez niczyjej pomocy. Wysoki dach obsiadły czarne zastępy wron, kawek i kruków. Ze środka zaś dobiegały zgrzytania i jęki, jakby potworny ten młyn mielił same dusze potępione, nie zaś zwykłe ziarno. Wojownik jednak nie przeląkł się tego widoku ponurego, ni wrzawy przeklętej. Splunął jeno i rzekł do siebie:
– A cóż to za nowe dziwo? Trza mi rozeznać się, może znajdę tu kogoś, kto pomoże mi odnaleźć duszę mej nieszczęsnej matki?
To mówiąc ruszył przed siebie. Przekroczył rzekę po wąskim, drewnianym moście, powykręcanym i pokrytym pleśnią, za czym stanął przed wrotami upiornego młyna. Nim jednak zdążył w nie zapukać otworzyły się one same i na progu stanęła starucha w długiej, łatanej sukni. Jej włosy wymykały się w nieładzie spod czepka, a skóra i ubranie pokryte były dziwną, szarą mąką. Jeno oczy błyszczały w jej twarzy, a ich spojrzenie podobne było do dzikich spojrzeń ptaków krzyczących w górze.
– Czego tu chcesz? – zagderała. – Wszak nie widzisz, że zajęta jestem? Nie mam czasu dla żywych i ich zmartwień. Roboty u mnie huk…
– Słuchaj babciu – przerwał jej wojak – szukam duszy mej matki i wiem, że szła tędy wcześniej. Wiesz-li coś o niej? Lepiej powiedz mi po dobroci, bowiem cierpliwość nie jest moją cnotą.
Starucha omiotła go wzrokiem od stóp do głów, a widząc jego silną postawę i miecz przy pasie, rzekła:
– Nie ma co się tak gorączkować, paniczu. Zaiste wasza matka była tutaj swego czasu. Wszystkie duszę przychodzą do mnie idąc tą drogą. U mnie pozostawiają swą krew i kości, które mielę na gładką mąkę.
– Gdzież więc one są? – zapytał niecierpliwie młodzieniec.
– Wejdźcie za mną, a pokażę wam – rzekła starucha i wpuściła go do środka.
Wnętrze młyna wypełniał suchy a słodkawy zapach, przypominający nieco popiół, krew i kości. Ściany i podłoga pokryte były grubą warstwą szarego i rudego pyłu, i nawet samo powietrze zdawało się nim wypełnione. Na środku obracały się potężne kamienne żarna, z których to dobywał się ów jęk ponury i zgrzytanie. Starucha zaprowadziła go ku jednej ze ścian i wskazała stojący pod nią niewielki worek. Znajdował się on nieco dalej od reszty.
– Oto mąka z kości i krwi twej matki! – krzyknęła, bowiem w tym upiornym hałasie ledwo było można usłyszeć własne myśli. – Odstawiłam ją tutaj, bowiem zepsuta jest i pełna wilgoci. Matka twa rozpaczała po śmierci okrutnie, że nie dane jej będzie widzieć już syna. Stąd też łzy jej zepsuły mąkę i niewielki z niej pożytek!
– Jeśli pożytek z niej niewielki – krzyknął wojak – to na cóż ci ona? Daj mi ją i pójdę dalej swoją drogą!
– Nie tak szybko! – odkrzyknęła starucha. – Uczciwa zapłata uczciwej wymaga pracy. Chodź ze mną!
Podeszłą szparko do klapy w podłodze i otworzyła ją. Za czym oboje zeszli do przestronnej i ciemnej piwnicy. Wojak widział tu jednak dobrze, bowiem starucha zapaliła niewielką lampkę, którą oświetlała wnętrze. Ściany co prawda ginęły w mroku, lecz całą podłoga zastawiona była dużymi workami, wypchanymi czymś nad wyraz kanciastym.
– Spójrz tutaj – rzekła już ciszej młynarka. – Oto są kości i krew wielkich wojowników. Dla mnie za ciężkie do wnoszenia na górę, ale dla ciebie nie będą problemem. Widzę bowiem, żeś chłop jak się patrzy. Pomożesz mi przeto w ich oporządzeniu.
– Chętnie – powiedział wojownik. – Powiedz mi jeno, z jakiej strasznej bitwy pochodzą? Wszak jest ich tyle, że ledwo mogę zliczyć…
– To szczątki tych, których zabiłeś własną ręką – odpowiedziała.
Na to młodzian nic nie odpowiedział, jeno zabrał się do roboty. A że pracował ciężko i wytrwale, już w piętnaście dni oczyścił piwnicę z worków. Udał się tedy do młynarki i rzekł do niej:
– Uczyniłem, to co chciałaś. Oddaj mi teraz szczątki mej matki!
– Dobrze, niech tak będzie – zgodziła się starucha. – Pracowałeś uczciwie, więc otrzymasz uczciwą zapłatę. Powiem ci także więcej. Powiem ci, co masz z nimi uczynić. Słuchaj – gdy pójdziesz dalej, drogą wedle rzeki, trafisz do piekarni mej siostry. Piecze ona chleb z mej mąki. Tam musisz sam mąkę zagnieść i wypiec z niej bochen przedziwny. A gdy już temu podołasz, ona powie ci, co masz czynić dalej.
Podziękował wojak starce za poradę i wziął worek ze sobą. Zaiste ciężki był on i przesiąknięty wilgocią łez matczynych. Przeto i jemu ciężko było na sercu, wiedział bowiem, że z jego winy zostały wylane. Rzekł więc do siebie kierując się w dalszą drogę:
– Zaiste złym byłem synem, porzucając mą biedną matkę i zapominając o niej. Gdybym jeno teraz mógł odwrócić los nieszczęsny i przywrócić ją życiu inaczej bym postępował! Byłbym ją chronił i wspomagał na starość, aby była bezpieczna i nie musiałaby się błąkać po Krainie Zmarłych lamentując nad moją głupotą!
Tak rozmyślając gorzko, szedł dalej, drogą wzdłuż ciemnej rzeki, aż ujrzał w oddali niski i długi budynek. Pojął zaraz, iż musi być to owa piekarnia, o której mówiła mu młynarka, albowiem z dachu onej budowli wystawały wysokie kominy. Co dziwne jednak, dym z nich nie uchodził, a budynek stał cichy i spokojny. I gdy wędrowiec zbliżył się ku niemu, ujrzał, iż wszędzie na dziedzińcu piekarni stoją półki, a na nich leżą białe bochny chleba. Wszakże jednak niezwyczajne, bowiem każdy z nich miał kształt innego stworzenia: a to zająca, a to jelonka, a to żaby, rumaka czy kokota. Stanął tedy wojak i przyglądać im się począł, albowiem wszystkie wykonane były bardzo starannie. I coraz to nowe odnajdywał stworzenia, niektóre zaś z nich zdawały mu się zupełnie obce. Wszystkie miały oczka z jałowca i pachniały surowym ciastem.
– A kimże ty jesteś? – zapytał go ktoś z nagła, tak, iż młodzieniec drgnął zaskoczony. Rozejrzał się zaraz i ujrzał idącą ku niemu kobietę. Miała ona na sobie białą lnianą suknię, na głowie zaś czepek tego samego koloru.
– Witajcie piekarko – odrzekł, domyślił się bowiem, iż z nią ma zaiste do czynienia. – Jestem synem biednej wdowy, która przechodziła tędy. Szukam duszy mej matki. Wasza siostra z młyna powiedziała mi, abym udał się tutaj. Chciałbym byście dali mi upiec chleb z jej kości, krwi i łez.
– Ach, rozumiem – odrzekła niewiasta. – Witaj więc w mej piekarni, wędrowcze. Jednakże na niewiele zda ci się ona, albowiem piece moje są zimne i puste. Sam zobacz ile chleba czeka tu na upieczenie, a cenny czas przez palce przecieka!
– Cóż się więc stało, że przerwałaś swoją pracę a ogień zgasł w twych piecach? – zapytał wojak.
– Kruk leciał tędy – odparła piekarka. – Ukradł ogień i poniósł go gdzieś hen, na zachód.
– Nie martw się niczym – odrzekł na to młodzieniec. – Rozpalę ogień w twej piekarni i będziesz mogła wrócić do swej roboty. W zamian jeno proszę, byś pozwoliła mi uczynić to, po co tu przyszedłem.
– Niech tak będzie – zgodziła się niewiasta. – Jeśli rozpalisz ogień w mych piecach, będziesz mógł upiec chleb z mąki, którą ze sobą przyniosłeś.
Młodzieniec uradował się wielce i zabrał się chyżo do dzieła. Wszedł do piekarni, gdzie ujrzał dziewięć pieców, które istotnie stały tam zimne i puste. Na ten widok dobył miecza i uderzył nim pięć razy o drzwi pierwszego z nich, aż iskry trysnęły do środka i ogień przebudził się w głębi. To samo uczynił był z pozostałymi i wkrótce całe wnętrze wypełnione zostało miłym blaskiem płomieni i zapachem piekącego się chleba. Widząc to piekarka uradowała się wielce i rzekła:
– Dziękuję ci, wojaku! Dzięki tobie moja piekarnia znów ożyła! Możesz skorzystać ze wszystkiego, co potrzebne ci będzie do upieczenia twego bochna. Ja zaś wrócę teraz do swojej roboty.
Usłuchał jej młodzian i zabrał się do pracy. I uczynił bochen przedziwny, w kształcie kobiety, rudy jako krew i szary niczym łzy. A gdy wypiekł go w piecu, chleb sczerniał jako niebo, gdy opuści je blask słonka i miesiączka. Dziwny wydał mu się, jednak cóż począć? Wziął go w dłonie i udał się do piekarki. Rzekł jej:
– Uczyniłem tak, jak poradziła mi wasza siostra: chleb upiekłem, jednak życia to mej matce nie przywróciło. Cóż przeto mam teraz uczynić?
– Życia to jej nie przywróci – rzekła niewiasta – bowiem to jeno część z pracy, którą musisz wykonać. Nie martw się jednak. Weź ten chleb i pójdź dalej, drogą na zachód, wedle rzeki. Spotkasz tam moją siostrę, która uprawia pole. Sadzi ona na nich owe bochny-zwierzątka, które tu piekę, a one wyrastają z czarnego ugoru i ożywają na nowo. Ona pewnie będzie w stanie przyjść ci z pomocą.
Wojak podziękował za poradę, owinął czarny bochen w płaszcz swój podróżny i ruszył dalej.
Szedł tak czas jakiś, nie wiedząc ile go upłynęło właściwie – albowiem chwile w tej widmowej krainie dziwnie podobne były do siebie. Z prawej płynęła ciemna rzeka, pod stopami zaś wiła się kamienista ścieżka. Aż w końcu wojak ujrzał przed sobą rozległą niwę, ciemną od ziemi wezbranej. Po niej zaś szła spokojnym krokiem piękna dziewica w zielonej sukni. Lewą ręką przytrzymywała białą płachtę, zawiązaną przy pasie, prawą zaś rzucała z niej na ugór bochenki-zwierzątka. Poznał więc młodzian, iż była to ta, której szukał i już z daleka zawołał ku niej:
– Witaj piękna panno!
Usłyszawszy te słowa, młódka przerwała swą pracę i zbliżyła się ku niemu.
– Kim jesteś, że tak beztrosko przerywasz mi me zajęcia? – zapytała marszcząc brwi. – Wszakże nie należysz do tej krainy, lecz pośród żywych jest twoje miejsce. Zabłąkałeś się tutaj mimowolnie, czy też jesteś-li czarownikiem, który szuka rzeczy skrytych przed oczyma śmiertelnych?
– Ani ja zbłąkany, ani ze mnie czarownik – odparł wojak uśmiechając się do niej. – Inna sprawa przywiodła mnie tutaj. Szukam oto duszy mej nieszczęsnej matki, abym mógł ją ze śmierci wyzwolić. Byłem już u dwóch twych sióstr: w upiornym młynie i w białej piekarni, teraz zaś droga przywiodła mnie do ciebie. Ponoć bowiem masz moc taką, iż te bochny z białego chleba na twych polach ożywają i okrywają się ciałem.
– Nie ja mam moc taką – odrzekła mu dziewica – lecz owa ziemia czarna i życiodajna. Ja sama czynię jeno to, co musi być uczynione, by koło dopełniło się. Jeśli jednak chcesz użyć tej mocy, musisz pracą własną na nią zasłużyć. Ręce twe bowiem siały jedynie śmierć, a teraz będą musiały nauczyć się jak siać życie.
– Powiedz mi co mam robić – odrzekł wojak – a uczynię to.
– Znakomicie – ucieszyła się panna w zieleni. – Widzisz te cztery niwy dziewicze? Grunt na nich nie tknięty pługiem ni broną. Ja sama nie mam dość mocy, aby je zaorać, dla ciebie jednak powinno okazać się to łatwe.
– Chętnie ci pomogę – odparł wojak. – A gdy to uczynię, tuszę iż pozwolisz mi zasiać w tej ziemi chleb, który mam ze sobą.
– Niechże tak będzie – odparła dziewica. Za czym zaprowadziła go na miedzę, gdzie leżał pług żelazny – z gwiezdnego metalu uczyniony. Zasiała także obok bochen-konika i już po chwili stał przy nich rumak biały, urodny niczym malowany. Zaprzągł więc wojak konika do pługa i pracę swoją rozpoczął. A że mocarny był i do znoju nawykły, przeto orka szła mu jak z płatka. I zanim panna w zieleni zdążyła się obejrzeć, wszystkie cztery stajka zaorane były równo a głęboko. Rzekła wtedy do niego, uradowana:
– Zaiste silny z ciebie mąż, aż szkoda, że częściej mnie nie odwiedzasz. Praca moja lżejszą by była i wdzięczniejszą nieco, gdybyś zechciał tutaj ze mną pozostać.
– Niestety, piękna panno – odrzekł wojak – choć zaiste urodziwa jesteś i raduję się spoglądając na cię, jednak inne mnie tutaj przywiodły potrzeby. I pierwej muszę obowiązek swój synowski spełnić, niż będę o sobie mógł myśleć. Nie trap się jednak, albowiem wojaczka życia długiego nie wróży i tuszę, iż zobaczymy się jeszcze na pewno.
– Dobrze więc – odrzekła dziewica. – Przeto nie każę ci czekać. Uczyń to, po co tu przyszedłeś.
Młodzian wydobył wtedy czarny chleb z zawiniątka i chciał go już na ziemię rzucić, gdy panna powstrzymała go.
– Czekaj – rzekła – widzę, że chleb twój inny jest od tych, które tutaj wzrastają. Jego kolor nie jest jasny niczym poranek, lecz czarny jak noc głucha.
– Zaiste – odrzekł wojak. – Albowiem to łzy mej matki przesiąkły mąkę i taką barwę mu nadały.
– Przeto sama ziemia i moc w niej ukryta może nie wystarczyć, aby tchnąć w niego życie – westchnęła. – Nie trap się jednak. Niedaleko stąd jest ocean wielki, do którego wpada ta rzeka. Idź więc wedle niej, aż trafisz nad brzeg wielkiej wody. Odmęty te są gorzkie i do łez zaiste podobne. Tam namocz ten chleb w falach i przynieś go tutaj. A jeśli los będzie łaskawy magia oceanu połączy się z magią tej ziemi i życie twej matce przywróci.
Wojownik wziął więc chleb, owinął go raz jeszcze w swój znoszony płaszcz i ruszył dalej. Nie uszedł jednak daleko, aż istotnie usłyszał szum wielkiego morza. I zdał mu się on podobny do oddechu wielkiego, czarnego smoka, który spoczywa we śnie wiecznym i nigdy się nie zbudzi. Wiatr tańczył dookoła, niosąc ze sobą zapach soli i wodorostów. A gdy młodzian zbliżył się jeszcze, ujrzał przed sobą toń rozległą i wzburzoną. Rozlewała się ona wszędzie wkoło, pod kamiennym niebem – tak, iż nie było widać, gdzie się kończy. Jej powierzchnia nie odbijała żadnego blasku, jeno białe pióropusze fal znaczyły ją długimi pasmami. Piasek na plaży był koloru kości, a jego powierzchnia gładka była i czysta, jakoby nigdy nie skalana czyjąś stopą.
Młodzian stanął na brzegu i długo patrzył w głębiny. Zdało mu się przez chwilę, jakoby ktoś go wołał stamtąd, głosem tęsknym i cudnym. Jednak utonął on szybko w szumie fal i po chwili zdał się jeno snem odległym. Wojak więc otrząsnął się z tego dziwnego czaru i wyjął bochen czarny. Położył go delikatnie na piasku, gdzie wpełzały morskie fale, a on nasiąknął gorzkimi wodami, tak, iż czerń jego stała się jeszcze głębsza. I gdy syn wdowy chciał go podnieść, nadeszła nagle fala – wyższa nad inne i porwała mu go z ręki. Zerwał się wtedy i chciał do wody się rzucić, lecz oto z góry spadł kruk, i rozszarpał bochen pożerając go.
– Podły ptaku! – krzyknął młodzieniec w gniewie. – Bodajbyś sczezł na marne, albowiem pozbawiłeś mnie owocu mej pracy i całej nadziei! Zbliż się jeno, tchórzu, a pokażę ci, jak smakuje stal!
Kruk jednak nie odrzekł nic, krzyknął tylko przeszywająco i odleciał nad ocean. Młodzian zaś padł na kolana w bezsilnym gniewie miotając nań klątwy i złorzecząc mu. A łzy jego spadły na piasek i zmieszały się z wodami morza. I oto stał się cud nad cudami! Tam bowiem gdzie wcześniej ucztował kruk, ukazała się dusza biednej wdowy, niczym zjawa stąpająca po falach. Podeszła do wojaka i rzekła do niego, kładąc mu dłoń na głowie:
– Uspokój swe serce, synu. Wszakże bowiem jestem przy tobie.
On jednak odparł jej:
– Matko, cóż z tego, ze widzę twą duszę? Obiecałem ci, że cię życiu przywrócę, a to oto plugawe ptaszysko obróciło w niwecz moje starania! Zawiodłem cię więc i skazałem na wieczność w tej krainie bez słońca!
– Uspokój się, powiadam ci – powtórzyła. – Albowiem nie mi to obiecałeś, lecz jedynie sobie, by ból po mej śmierci ukoić. Co do mnie, rada jestem, iż mogę cię ujrzeć zanim odejdę w toń czarnego oceanu. Nie rozpaczaj przeto, bowiem ukoiłeś mą żałość i dusza moja może wreszcie zaznać spokoju.
– Wszakże jednak mogłem wrócić ci oddech – rzekł młodzian, biorąc jej ręce w obie dłonie. – I mogliśmy powrócić do krainy żywych, gdzie jest nasza stara chata. Nie opuściłbym też cię więcej, ale strzegł jak oka w głowie…
– Nie ma sensu pragnąc powrotu, gdy wszystko przemija – przerwała mu matka. – Mój czas na ziemi dobiegł końca. A i ty nie byłbyś tak naprawdę szczęśliwy strzegąc mnie nieustannie. Wszakże do innych rzeczy jesteś stworzony. Nie pragnij więc tego, co nie da ci spełnienia, są to bowiem jedynie sny złudne i mamiące. Co do mnie – wiem, że miałam dobre życie, bowiem wychowałam syna dzielnego i uczciwego, który poszedł za mną nawet w krainę śmierci. Więcej nie pragnę. Czas więc, byś pozwolił mi odejść i pomyślał o swoim życiu i o tym by dobrze użyć czasu, który ci został jeszcze.
– Skoro tego chcesz, matko – rzekł wojak – uczynię, jak mi każesz. Nie wiem jednak, jak wydostać się z tej przedziwnej krainy. Szedłem tu bowiem długo, a nadzieja na ujrzenie cię dodawała mi sił. Teraz zaś nie wiem, co miałoby mnie prowadzić?
– Idź na pole – rzekła mu na to matka. – I zasiej na nim to co jest twoją własnością i żyje w twoich rękach, a znajdziesz drogę do domu. Teraz żegnaj już.
Za czym postać jej zadrżała, zamigotała i zgasła jak zdmuchnięta świeca. I tylko wiatr gwizdał wkoło, niosąc woń soli i wodorostów.
Powstał tedy wojak i rzekł do siebie:
– Śmierć jest równie prawdziwa jak życie. I nie ma sensu rozpaczać nad tym, co swym sierpem skosi. Pamiętam jednak słowa mej matki i wiem, że zadość uczynię jej woli wybierając życie, które mi ongiś dała. Niechaj więc smutki me pozostaną na brzegu tego gorzkiego morza. Ja zaś powrócę do krainy słońca.
Za czym odwrócił się i ruszył z powrotem. I nie minęło dużo czasu, aż stanął na skraju pola, które był wcześniej zaorał. Zastanowił się przeto, cóż tutaj powinien uczynić? Spojrzał na siebie, ale jedyną rzeczą, jaką miał przy sobie, był jego miecz:
– Oto jest to, co należy tylko do mnie i co żyje w moich rękach. – powiedział tedy.
Wziął ów miecz i wbił go w czarną ziemię, za czym przeciął dłoń prawą i podlał go obwicie krwią swą szczerą. I stal się dziw nad dziwy! Z miecza bowiem korzenie poczęły wyrastać, za czym on sam jął róść w górę, na podobieństwo przedziwnego, żelaznego drzewa. Jego konary były ze stali, a z żelaznych liści kapała krew. I wkrótce drzewo wzrosło potężne niczym starożytny dąb w lesie – a wierzchołek jego przebił kamienny strop jaskini, wpuszczając do widmowego świata nieco światłą dnia. Na to tylko czekał wojak, rękawy zakasał i jął wspinać się po gałęziach w górę. Długa to była droga i wyczerpująca okrutnie, albowiem sklepienie podziemnej groty znajdowało się przeraźliwie wysoko. Wszakże w końcu jednak dotarł do upragnionego wyjścia. Raz jeszcze spojrzał w dół, na czarny ocean i rzekę wzburzoną. Na zaczarowane pola uprawne, biała piekarnię, zasnutą dymem z kominów, i młyn upiorny, ciemną wodę bełtający nieustannie. Za czym pożegnał w myśli tę krainę i wspiął się wyżej, do świata słońca. Wkoło niego, w pierwszych promieniach poranka zieleniał las wiosenny, świeżym liściem okryty. Wojak sięgnął ku wierzchołkowi stalowego drzewa i ułamał go, a on zmienił się w jego rękach w zacny miecz – ostrzejszy i zgrabniejszy niż wprzódy. I nic już nie pozostało z czarodziejskiego drzewa w świecie żywych. Młodzian chciał tedy ruszyć dalej, gdy nagle posłyszał groźne warczenie i z lasu wyszedł wilk wielki, a krwiożerczy. Bestia zamyślała rzucić na niego, syn wdowy jednak zebrał się w sobie, miecz błysnął mu w dłoni i wilk padł na ściółkę, stalą przeszyty.
– Tyś to jest przyczyną całego mojego nieszczęścia – rzekł, pochylając się nad nim. – A jednak, jesteś także przyczyną dla której poznałem śmierć i poznałem siebie. Dlatego też nie pozwolę, by ciało twe poniewierało się tutaj, szarpane przez kruki i zwierzynę leśną.
Za czym odarł wilka ze skóry i zarzucił ją na swe barki.
Dokonawszy tego ruszył dalej, kierując się mądrością swego serca. A wszędzie gdzie dotarł miecz ożywał mu w rękach, znacząc jego ścieżkę śladem krwi. Znany więc był szeroko jako wielki wojownik i poważany wśród ludzi. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski zaś zapamiętali jego imię na zawsze. I chwalili jego dzielność, albowiem wyzwolił ich od okrutnego wilka, przywracając okolicy spokój.

Reklamy

10 responses to “Baśń o Czarnym Chlebie

  1. baśń jak baśń niesie ze sobą pouczenie i pozostawia miejsce na przemyślenia, to chyba dość trudna dziedzina… Autorowi się udaje – gratulacje:).

    • Baśnie generalnie faktycznie są doc trudne – mają specyficzną budowę i narrację. Ja nazywam to roboczo: narracją szkieletową. Zostawia ona bardzo dużo miejsca dla indywidualnego uzupełnienia, jednocześnie jednak jest bardzo archetypowa i posługuje się często elementami magicznymi ( mam na myśli samo wykorzystanie języka). Całość piszę się więc dość ciekawie i jest to oczywiście wyzwanie. A ja lubię wyzwania. 😉

  2. „Poznałem śmierć i siebie…”- no właśnie, czasem nasz wróg, lub trudności, okazują się być bardzo cennym nauczycielem.

    Pozdrawiam 🙂

  3. Jaką ty masz fantazję! Moim zdaniem wszystko było idealnie przemyślane. No cóż, widać, że wszystko zostało przez ciebie zaplanowane w każdym calu, określenia dobrane tak, aby budzić podziw i ciekawość.
    🙂 brawo

    • Dziękuję. Aczkolwiek, jest różnica pomiędzy fabuła i narracją. Samej treści chyba zupełnie nie planuję, tworzy się tak jakby sama – często staram się po prostu wejść w opowieść w stanie półsnu i obserwować, jak się potoczy. Co innego forma – tutaj faktycznie trzeba się trochę przyłożyć aby móc całość napisać w odpowiedni sposób. Moim zdaniem narracja jest kluczową sprawą dla stworzenia właściwego nastroju w baśni. Tak więc można powiedzieć, że moje opowieści tego rodzaju są wynikiem zaślubin pomiędzy spontanicznością natchnienia a wypracowanym warsztatem. 😉

  4. Niesamowite! Kiedyś wspominałeś, że większość twoich prac jest inspirowana snami, wizjami itp. I muszę przyznać, że cholernie ci tego zazdroszczę. To musi być cudowne uczucie, zanurzyć się w tym innym świecie i czerpać z niego, nieraz całkiem nowe i niespodziewane, doświadczenia. Sam też miewam sny, jednak są one raczej normalnymi „nocnymi historiami”. O ile stylu pisania i tego „baśniowego języka” można się po części nauczyć, to rzeczy które połączą się z tym i nadadzą temu życie musimy odkryć w sobie sami. Pozdrawiam i życzę ci, by każdy twój sen sprawiał, że odkryjesz jakąś nową część swojej duszy.

    • Cóż, cytując Poego, mógłbym rzec, iż:

      From childhood’s hour I have not been
      As others were—I have not seen
      As others saw (…)

      Jest to dla mnie tak naturalne, iż czasami cieżko mi uwierzyć, że inni mogą znajdować to trudnym. 😉 Zresztą, jestem zdania, że tak naprawdę każdy ma gdzieś możliwość odnalezienia w sobie tej ścieżkie, która zaprowadzi go daleko poza codzienne ja i zwykłą świadomość – i pozwoli mu wniknąć w świat mitów i opowieści. Myślę, że kontakt z planem archetypowym jest tak naprawdę bardzo naturalną rzeczą, która działa na duszę terapeutycznie i pozwala jej ewoluować. Tak więc każdemu, kto mi zazdrości mówię zwykle, by nie tracił na to czasu – tylko poszukał własnej drogi. Moje teksty mogą czasami wskazać kierunek, ale tą podróż wciąż należy odbyć samemu. 😉

      Poza tym dziękuję za nad wyraz pozytywne życzenia. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s