Baśń o Czarodziejskiej Lutni

Za dziewięcioma górami i czarnym, bezkresnym morzem, znajdowało się samotne królestwo. Kraj ten ongiś szczęśliwy i zamożny, rządzony był przez króla, i królową. Pewnego nieszczęsnego dnia wszakże królowa zniknęła i nikt z poddanych nie wiedział, co się z nią stało. Król jednak nie wydawał się tym zmartwiony, a co więcej nie pragnął jej wcale odnaleźć. Miast tego zarządził, aby zniszczyć wszelkie jej wizerunki i zakazał mówić o niej, a nawet wspominać jej imienia, pod groźbą kary śmierci. Blady strach padł tedy na poddanych i nikt z nich nie odważył się sprzeciwić władcy, czy choćby zapytać go o przyczynę tak osobliwych rozkazów. Smutek jedynie przeniknął serca wszystkich i niczym szary opar rozciągnął się ponad całym królestwem. I pozostał tak na wiele lat, spowijając duszę jego mieszkańców, aż zapomnieli skąd się zrodził, i zapomnieli szczęścia, które znali przedtem. Zapomnieli także o swej pięknej królowej i nikt już nie wymawiał jej imienia…

Nikt, oprócz jednej osoby.

Oto opowieść o tym, czym jest pamięć. I o tym, czego nie można zapomnieć. Są bowiem rzeczy prawdziwsze niż sama śmierć. O nich szepcze wiatr, w straszliwej pustce, pomiędzy kielichami gwiazd…

Król jednak miał córkę niezwykłej piękności. Jedyną pamiątkę po swej małżonce i jedyną radość swego życia. A jednak od chwili tajemniczego zniknięcia swej matki, dziewczynka przestała się odzywać i nigdy uśmiech nie gościł na jej ustach. Król starał się wszelkimi siłami uleczyć ją z tej dziwnej melancholii, sprowadzając na dwór najlepszych błaznów i medyków. Dwoili się oni i troili, ze wszystkich sił pragnąc zadowolić władcę. Lekarze urządzali wielce uczone dysputy, trefnisie zaś napełniali zamek bełkotem i śmiechem. Królewna jednak wciąż pozostawała smutna i milcząca, za nic mając wszelkie ich starania. Aż rzekł Król pewnego dnia:
– Córko, tak dalej być nie może, dość już twych dziewczęcych dąsów! Ni godzi się, by panna w twym wieku, dziecię królewskie i jedyna dziedziczka mego majątku i majestatu miała spędzić życie niczym pustelniczka lub płaczka. Dojrzałaś już do zamążpójścia i czas ci zająć się obowiązkami, które jako niewiasta pełnić powinnaś. Wezwę więc na nasz zamek kawalerów znakomitych, królewiczów i rycerzy. Ich obecność z pewnością rozproszy twe smutki i każe ci się skupić na sprawach ważnych, miast błądzić w czczych mrzonkach, i trapić się zbytecznymi wspomnieniami.
Królewna nic nie rzekła na tą przemowę ojcowską, wysłuchała jej tylko ze spokojem. Monarcha zaś nakazał obwieścić w całym kraju, iż wyda swą córkę za tego z książąt lub rycerzy, który zdoła ją rozśmieszyć lub namówić do wypowiedzenia choćby jednego słowa. Nie trzeba było długo czekać (albowiem wieść o urodzie dziedziczki korony niosła się daleko), gdy na zamku stawili się młodzieńcy szlachetnego rodu. A każdy z nich zdawał się dzielniejszy, przystojniejszy i bogatszy od poprzedniego. Wszyscy prześcigali się także, aby przypodobać się pannie, starając się zabawić ją dworską mową czy pieśnią, przypodobać się pochlebstwem lub podarunkiem. Tak więc dni jej znów mijały w zgiełku i zamęcie, nie mniejszym niż ten który czyniła kompania błaznów. Groźniejszy on zresztą był często, bowiem młodzieńcy, gdy już popili i rozochocili się, niejeden raz do pojedynków się zabrawszy, ziemię krwią serdeczną rosili. Żadnemu z nich wszakże nie udało się zdobyć serca królewny, ni nawet obrócić jej zainteresowania ku sobie. Nie dbała ona bowiem o słowa puste, o stroje pstrokate, cudaczne psy i konie, ni krew rozlaną. Jeno jak wprzódy cicha była i milcząca. Lecz gdy pozostawała sama w swej komnacie, westchnienie zrywało się z jej ust różanych, niczym nieśmiały, nocny motyl, a wzrok jej błądził gdzieś w oddali, która jej tylko była widoma.

W owych dniach, żył także pewien wędrowny bard. Nie miał własnej chaty, ni miejsca które darzył przywiązaniem – lecz cały świat był mu domem. Wędrował więc przeto tędy i owędy grając na swej lutni wszystkiemu co napotkał: czy byli to chłopi wracający z pola, kupcy odpoczywający w karczmie, ptaszkowie niebiescy, czy też kamienie przydrożne. Wierzył bowiem, iż wszystko co jest wkoło niego ma duszę i raduje się wraz z nim słysząc czyste dźwięki jego pieśni.
Razu pewnego droga zawiodła go do mrocznego i wielce prastarego boru. Pora była już późna a trakt zdradliwy i wąski. Wszędy wkoło jeżyły się kolczaste chaszcze, niemożliwością zatem było znaleźć jakieś miejsce na spoczynek. Rad nie rad szedł więc przed siebie, aż szarość zmierzchu przeszła w głęboką czerń nocy, ptaki umilkły i wszędzie zaległa głucha cisza, przerywana jeno skrzypieniem ogromnych konarów. Trakt już dawno zniknął, pośród wykrotów i paproci, Bard szedł więc na przełaj lasem, pokładając nadzieję w tym, iż dobry los nie opuścił go ostatecznie. Istotnie, zarośla przed nim rozstąpiły się nagle, ukazując samotną polanę pachnącą ziołami i nocnym kwieciem, które na podobieństwo gwiazd lśniło rozsiane na murawie. Na środku łąki bielał posąg z czystego marmuru, przedstawiający niewiastę tak cudnej rody, iż wędrowiec stanął jakby w ziemię wrośnięty i tylko oczyma, chciwie podziwiał jej zjawiskową postać. Serce jego wezbrało zachwytem i miłością, albowiem w żadnej ze swych wędrówek nie widział tak pięknej kobiety. Zdawała mu się ona raczej jakąś zapomnianą boginią, niż istotą, która kiedykolwiek stąpała po ziemi. Dobył więc swej lutni i zagrał pieśń szczerą, którą natchnął go ten widok niezwykły. I miała ona w sobie taką siłę i piękno, iż cały las słuchał jej zauroczony i nawet liście na gałęziach drzew ucichły, bojąc się swym poszumem zagłuszyć melodię.
Świt już barwił niebo na wschodzie, gdy Bard zakończył swą pieśń. Głodny i zmęczony, ale także pełen radości, ruszył w dalszą drogę. I widać szczęście nie porzuciło go, albowiem koło południa trafił znów na szlak, który zaprowadził go do wsi. Żaden z jej mieszkańców jednak nie chciał nic mu rzec o posągu w lesie, chociaż pytał wielu. Wszyscy spoglądali na niego z podejrzliwością lub lękiem i radzili mu, aby omijał to miejsce, i nie ważył się o nim wspominać więcej. Jeno jeden siwy starzec wyszeptał mu na osobności, iż jest to posąg dawnej Królowej, która władała tą ziemią, a potem zniknęła tajemniczo. I że pozostawiła po sobie jedyną córkę, mąż jej zaś dzierży władzę nad całą krainą. Młodzieniec podziękował mu serdecznie i rzekł do siebie.
– Skoro królowa była tak piękna, jak urodziwa musi być jej córka? Zaiste, nie spocznę puki sam tego nie ocenię. Zacnie bowiem byłoby ujrzeć taką urodę zaklętą nie w marmurze, lecz w żywym ciele. Udam się więc do zamku, by ujrzeć królewnę. A kto wie, może i sławy nieco zdobędę poprzez mój kunszt muzyczny?
Jak sobie umyślił tak uczynił. Ludzie chętnie wskazali mu dalszą drogę, ciesząc się, iż przestał zadawać kłopotliwe pytania. Bard ruszył więc we wskazanym kierunku, a im dalej szedł, tym liczniej mijali go książęta i rycerze, zjeżdżający na królewski zamek z szumem i przepychem. Od służących i giermków, którzy im towarzyszyli dowiedział się, co ich tu sprowadziło i jaką nagrodę obiecał Król temu, kto zdoła uleczyć Królewnę z melancholii. Zapragnął tedy spróbować swych sił, chociaż nie był szlachetnie urodzony, ani majątku żadnego nie posiadał. Wierzył jednak w swoją lutnię i w talent, dzięki któremu muzyka jego budziła zachwyt nie tylko u ludzi, lecz także zwierząt i roślin.
Dzięki szczęściu i sprytowi wślizgnął się na zamek, gdzie w sali królewskiej zasiadał na tronie monarcha, odziany w gronostaje i złotogłów. U boku jego siedziała Królewna, ubrana w suknię piękną choć prostą, nie gustowała bowiem w nadmiernym przepychu. Jedynie wielki rubin spoczywający między jej piersiami, rzucał ogniste blaski na jej postać. A wyrzeźbiony był tak przedziwnie w kształt róży, iż zdawał się chwilami żywym kwiatem z ognia i światła, nie zaś martwym klejnotem. I chociaż Bard musiał stawać na palcach, aby dobrze widzieć Królewnę – taka była bowiem ciżba osób zebranych wkoło – wnet dostrzegł, iż jest ona najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek ujrzał na oczy. Włosy jej były niczym płomień na wietrze, skóra niczym śnieg, a usta czerwieniały jako krew na nim rozlana. Oczy zdawały się jednak spoglądać gdzieś w zadumie w pustkę, jakby śledziły tor sobie tylko znanych gwiazd. Córka Królowej nie dbała o zebranych wkoło niej dworzan i rycerzy, spoglądając poprzez nich, nawet gdy kłaniali się przed nią nisko, wymieniając swe tytuły i oferując dary. Żadnemu też nie udało się rozjaśnić jej zamyślonego oblicza. I gdy procesja książąt i rycerzy miała się ku końcowi, Bard przepchnął się przez tłum możnych i ich sług, roztrącając zdumionych ludzi. I stając na środku sali zawołał:
– Pozwólcie mnie spróbować, szlachetny królu! Ja uleczę Królewnę!
Wszyscy obecni zaszemrali na to zuchwalstwo, straż zamkowa zaś ruszyła, aby pojmać młodziana i wrzucić go do lochu. Król jednak powstrzymał ją gestem i rzekł:
– Zaiste, musisz być głupcem lub szaleńcem, jeśli sądzisz, że uda ci się to, co nie udało się wielu lepszym przed tobą. Nie lękam się wszakże takiego zięcia, a i wy, mości panowie nie powinniście się troskać, iż powiedzie mu się to, czego nie dokonaliście sami. Jak bowiem mógłby okazać się lepszy od was ten przybłęda? Jego prośba dowodzi jednak, iż uroda mojej córki potrafi pomieszać w głowie prostaczkom, zachęcając ich do iście szalonych czynów. Dalej więc, pozwólmy mu spróbować i niechaj przynajmniej nas przez chwilę rozbawi swoim brzdąkaniem, zanim każę rzucić psom jego nędzne kości…
– Dziękuję ci, królu, iż pozwalasz mi spróbować swych sił, pomimo, iż nie wierzysz w me powodzenie. Ufam jednak, iż zaskoczę Cię jeszcze. Powiedz mi wszakże, czy jako człek honoru zgodzisz się oddać mi Królewnę za żonę jeśli uda mi się rozproszyć jej smutki?
– Oczywiście – odpowiedział Król ze śmiechem, nie wierząc ani przez chwilę w powodzenie starań Barda. – Masz na to moje słowo, włóczęgo. A teraz zaczynaj!
Na te słowa młody trubadur skłonił się i dobył swej lutni. Uderzył w struny i dobył z nich melodię tkliwą i łagodną, a jego głos popłynął ku sklepieniu sali. Królewna jednak pozostała obojętna na jego wysiłki. Bard spróbował więc nieco żywszej pieśni, lecz nie odniosła ona rezultatu. Król uśmiechnął się drwiąco a zebrani w sali ludzie poczęli szeptać między sobą, oczekując krwawego zakończenia tej historii. Bard zaś starał się jak mógł dobywając ze swego instrumentu coraz to nowe tony i melodie, prezentując cały swój kunszt muzyczny i wszystkie znane sobie techniki. Wszystko na próżno, Królewna nadal pozostawała obojętna i zapatrzona w sobie tylko znany sekret. I gdy już zdawało się, że los młodzieńca jest przesądzony, przypomniał on sobie nagle posąg stojący na polanie w lesie. I serce jego wezbrało zachwytem, a spod palców popłynęła muzyka piękniejsza niż wszystko, co zagrał wcześniej. Zdumieli się przeto zebrani, a Królewna spojrzała na Barda i uśmiechnęła się. W tym momencie serce jego zbudziło się wypełniając się bezbrzeżną miłością, albowiem uśmiech ten był jak rzeka światła wylana na ciemny i zimny świat. Królewna spojrzała mu w oczy i ujrzał w nich to samo uczucie, które wezbrało w jego piersi. Nie rzekła jednak ani słowa więcej.
Milczenie zapadło w komnacie po tym, jak ucichł ostatni akord lutni. W końcu przerwał je Król mówiąc:
– Zaiste pieśń twoja młodzieńcze była nieziemska… I zdołała wytrącić córkę moją na chwilę z jej posępnych myśli. Choć nie mogę pojąc jak udało ci się tego dokonać. Wszakże cel twój nie został osiągnięty. Daruję ci jednak życie z uwagi na twój talent.
– Królu – przerwał mu młodzian – wybacz, lecz wierzę, iż zdołałbym uleczyć Twą córkę. Potrzeba mi jednak czasu, aby stworzyć pieśń odpowiednią do tego celu. Jeżeli dasz mi go, obiecuję, iż dokonam tej sztuki.
Monarcha nie był zachwycony tym obrotem sprawy, jednak nie mógł przecież podważyć tego, co sam wcześniej przyobiecał nieznanemu wędrowcowi. Rzekł przeto:
– Masz na to dziewięć dni, nie więcej. Jeśli nie uda ci się uleczyć mej córki do tego czasu, odejdziesz z mego królestwa i nigdy nie powrócisz.
– Zgoda – rzekł Bard i opuścił pałac.
Udał się zaraz do boru, aby odnaleźć czarowną polanę z posągiem zapomnianej Królowej. Wiedział bowiem, iż tylko jej widok może natchnąć go do skomponowania prawdziwie cudownego dzieła, które przekroczy wszystko, co stworzył do tej pory. I zaiste szczęście musiało być mu druhem, bowiem odnalazł owe sekretne miejsce już trzeciego dnia błąkania się w puszczy. Czuł bowiem iż tęsknota prowadzi go i wskazuje mu drogę poprzez wykroty, zarośla i moczary. A gdy wyszedł z lasu na łąkę ujrzał, iż posąg Królowej w świetle dnia jest czarny niczym skrzydło kruka. A światło słońca zdawało się wsiąkać w jego powierzchnię, tonąc jakby w bezdennych czeluściach karego marmuru. Wędrowiec znów stanął i zapatrzył się w wyrzeźbioną postać. I ponownie ożył w nim zachwyt zmieszany tym razem ze smutkiem, albowiem pojął, iż nigdy nie ujrzy tej, która została uwieczniona w kamieniu. I gdy tak dumał nad tym, usłyszał nagle cichutki głosik:
– Wędrowcze! Wędrowcze posłuchaj mnie!
Zadziwiony rozejrzał się wkoło i dostrzegł, że na ramieniu figury siedzi niewielki, czarny motyl. On to właśnie wołał do niego poruszając niecierpliwie skrzydełkami.
– Kim jesteś, drobna istoto – rzekł Bard zbliżając się doń ostrożnie. – I czego chcesz ode mnie?
– Och nie jestem nikim ważnym – odrzekł Motyl. – Ni ważnym, ni mocnym, ni potężnym. Usłyszałem jednak twe westchnienie i zatrzymałem się. Powiedz mi, co cię trapi, a może znajdę sposób by ci pomóc…?
– Ale jak chcesz mi pomóc, Motylu – rzekł Bard uśmiechając się smutno – jeśli westchnienie moje kierowałem ku temu, czego nawet ludzie nie pamiętają? Nie znam nawet imienia tej, za którą tęsknię. A ty wszakże żyjesz jeno chwilkę i nigdy nie ujrzysz księżyca, gwiazd ani ciemności między nimi. Jak więc chcesz pomóc mi odnaleźć odpowiedzi w większej jeszcze ciemności człowieczej niepamięci?
– Czasami – odparł Motyl. – pomoc może przyjść z nieoczekiwanej strony, nie od mądrych, potężnych czy bogatych, lecz także od stworzeń całkiem niepozornych, które jednak zatrzymają się słysząc twe westchnienie. Dlatego warto słuchać nawet najmniejszych, bowiem i ich czasem wybiera Los na swych emisariuszy. Posłuchaj mnie więc – ja nie mogę pamiętać, ale jest ktoś, kto pamięta. Śpiewał mi o nim wiatr w przestworzu. Daleko, na krańcach tego królestwa, na wysokiej, czarnej górze mieszka szalony mędrzec, który rozmawia z wichrami. On wie o wszystkim i pamięta o rzeczach które stały się przed narodzeniem słońca i księżyca. To od niego wichry czerpią swą wiedzę, zanim wyruszą w świat. Być może więc z nim powinieneś pomówić, bowiem z pewnością umie on odpowiedzieć na każde pytanie.
– Istotnie – zamyślił się Bard. – jeśli jest tak jak prawisz, to z nim powinienem pomówić. Ten posąg bowiem porusza me serce, ale i napełnia je smutkiem. I czuję, iż gdybym mógł poznać kryjącą się za nim tajemnicę, gdybym mógł dotknąć, choć w wyobraźni, tej, która kształt widzę w marmurze, stworzyłbym pieśń daleko doskonalszą od czegokolwiek, co skomponował ród człowieczy. I uleczyłbym nie tylko duszę tej, którą kocham, ale i całą tą krainę, ale i serca wszystkich jej mieszkańców…
– Chodźmy więc odszukać górę –  rzekł Motyl. – Wskażę ci kierunek ku niej.
– Dziękuję ci, dobry Motylu za twoją radę i pomoc. Wszakże jednak nie dotrzesz ze mną do końca podróży – zmartwił się Bard. – Może więc wolałbyś pozostać tutaj i spędzić życie na łące, wśród kwiatów i słonecznych promieni?
– Życie moje jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy błahe – odrzekł Motyl. – Zaiste cieszę się, mogąc wyruszyć z tobą, mimo, iż śmierć dosięgnie mnie w drodze. A jednak stanę się częścią tej pieśni którą kiedyś stworzysz.
I ruszyli razem w drogę. Przeszli przez ciemny bór i szerokie łąki. A gdy wieczór nadszedł Motyl rozstał się z życiem. Bard pochował go na rozstaju dróg i ruszył dalej. I szedł tak trzy dni mijając samotne wsie, przemierzając gaje, rzeki i strumienie. Aż wreszcie ujrzał w oddali samotną górę, czarną jak węgiel, która wznosiła się ku szaremu niebu. Okolica była tutaj dzika i nie spotkał nikogo, kogo mógłby o nią zapytać – jednak coś w sercu szeptało mu, iż znalazł miejsce, o którym mówił Motyl. Zbliżając się do podnóża wzniesienia ujrzał, iż otacza je nad wyraz ponura okolica. Wszędzie oto rozrzucone były kości ludzi i koni, a szczątki zbroi i oręża walały się bezładnie pośród kamieni. Tu i tam z ziemi sterczało drzewce włóczni lub sztandaru, poszarpanego na strzępy szponami niepogody. I gdy tak stał pośród trupów, wiatr świszczący w oczodole jednej z czaszek rzekł mu:
– Oto jest armia, którą wysłał Król, aby zniszczyć górę i tego, który na niej mieszka. Jednak potęga jego i gniew są się niczym w obliczu wieczności. I armia jego obróciła się w proch, pokonana przez rozpacz i skrzydła mych braci.
Bard wysłuchał tych słów i ruszył dalej, pozostawiając za sobą szczątki żołnierzy. A gdy stanął u stóp góry ujrzał jedynie wąską ścieżkę, nadającą się bardziej dla kozic niż ludzi. Ruszył nią jednak i jął się wspinać na szczyt. I oto znów, w połowie drogi ujrzał szkielety leżące bezładnie wśród skał. A wszystkie one odziane były w strzępy bogatych szat, ozdoby ze złota i srebra zaś wciąż lśniły na nagich kościach. I wiatr gwiżdżący w porzuconych piszczelach zaśpiewał mu:
– Oto są kości tych, którzy ufni w swe nauki i moc magiczną pragnęli podbić tą górę i zdobyć mądrość tego, który na niej mieszka. A jednak pożądanie wiedzy jest niczym w obliczu wieczności. I ciała ich obróciły się w proch, pokonane przez rozpacz i szpony mych braci.
Wędrowiec nic na to nie rzekł, lecz w milczeniu wysłuchał słów wichru. Zważył je w swym sercu i ruszył dalej. A ścieżka zdawała się coraz bardziej stroma z każdą chwilą, skały coraz bardziej ostre, a kamienie pod stopami zdradliwe i śliskie. I gdy już ujrzał wyraźnie zarys szczytu przed sobą pojął także, iż znów otaczają go pożółkłe gnaty. A szkielety wkoło niego leżały potrzaskane wśród głazów i nie było wśród nich jednej całej kości. Wiatr zaś przemykający wśród nich wyszeptał:
– Oto są trupy tych, którzy dotarli na szczyt szukając odpowiedzi na swe pytania. Lecz nie byli gotowi przyjąć mądrości tego, który tam mieszka. Albowiem umysł także jest niczym w obliczu wieczności. I dusze ich obróciły się w proch pokonane przez rozpacz i ogarnęło je szaleństwo. Rzucili się więc ze szczytu w dół, a żelazne dzioby mych braci dokonały reszty.
Bard wyminął trupy i szedł dalej, choć serce jego trwożyło się widząc jak obfite żniwo zebrała w tym miejscu śmierć. I wreszcie, strudzony wielce dotarł na szczyt czarnej góry. A tam ujrzał samotnego człowieka, siedzącego na nagiej skale. Szata, którą nosił była poszarpana i ciemna niczym oblicze bezgwiezdnych nocy. Twarz skrywała się w cieniu pod kapturem i wędrowiec nie mógł dojrzeć, czy mędrzec spogląda na niego życzliwie czy z gniewem. Lub też czy w ogóle nań spogląda… Nie był nawet pewien czy postać, którą widzi przed sobą należy jeszcze do żywych, albowiem wydawała mu się ona dziwnie sztywna i zastygłą w czasie, pokryta pyłem niezliczonych wieków, które spłynęły na nią z zagasłych gwiazd. A jednak, gdy zbliżył się, Mędrzec podniósł głowę i rzekł:
– Witaj w tym miejscu, trubadurze. Widzę, że droga była nielekka…
– Zaiste – odparł Bard. – w dziwnym i ponurym zamieszkujesz miejscu. Ciało moje osłabło od wspinaczki, a duch strwożył się widząc kości tych, którzy byli tu przede mną. A jednak dotarłem na szczyt i staję przed tobą. Choć po prawdzie nie wiem co mnie spotka, czy nie będę żałował, że tutaj przybyłem. A jednak czuję, że nie miałem innego wyboru.
– Nie lękaj się – odparł Mędrzec. – ci, którzy zginęli na tej górze przybyli tutaj puści. I zniszczyła ich jałowość ich własnych serc. Ty zaś niesiesz w sobie światło miłości. Przeto nie spotka cię tutaj nic, czego sam byś nie pragnął. Powiedz mi teraz, czego szukasz?
– Nazywają cię Mędrcem – rzekł Bard. – ponieważ wiesz więcej niż inni ludzie i spoglądasz tam, gdzie oni widzą tylko mrok. Muszę być jednak szalony, aby sądzić, że odpowiesz mi na moje pytania…
– Nazywają mnie też szaleńcem – uśmiechnął się eremita – ponieważ wiem więcej niż inni i spoglądam dalej niż oni. Dlatego musisz być także mądry wiedząc, że odpowiem na twe pytania…
– Dobrze więc – odparł Bard i zaczął mówić gorączkowo. – powiedz mi zatem, czy znałeś zapomnianą Królową? Czy pamiętasz jej postać, blask jej oczu, jej imię? Widziałem tylko jej posąg wykuty w kamieniu: biały w świetle księżyca i czarny w blasku słońca. A jednak wiem, że jest ona ukojeniem wszystkich moich tęsknot i źródłem natchnienia, którego zawsze szukałem. Opowiedz mi o niej tak, abym mógł pojąc kim naprawdę była i kim jest teraz…
– Mogę to uczynić, jeśli tego chcesz. Ale rzeknij mi, po cóż ci ta wiedza?
– Szukam jej nie z pustej ciekawości, lecz po to bym umiał unieśmiertelnić ją w pieśni. Ludzie w krainie, z której przychodzę zapomnieli o tym, czym jest piękno i przestali nawet tęsknić za nim. Królewna, którą kocham pamięta czym ono jest i tęskni, cierpiąc w milczeniu. Pragnę wyzwolić ich wszystkich z tego fatalnego zaklęcia. Wiem, że jest to w mej mocy i wiem, że nie ma nikogo innego, kto by to uczynić zdołał. Pomóż mi więc w tym, bo nie pragnę niczego innego i niczego innego nie chcę.
– Każda wiedza ma swoją cenę – wyszeptał mędrzec – czy umiesz zapłacić swoją?
Bard zadrżał na te słowa, jednak płomień miłości w jego piersi nie osłabł. Skinął więc głową i rzekł prosto.
– Opowiedz mi.
A wtedy Mędrzec podniósł głowę i spojrzał mu w oczy. I w ciemności pod kapturem Bard ujrzał przestrzeń, niepojętą przestrzeń, z której dobiegł go szept. I objawił mu on tajemnicę Królowej, o której zapomnieli ludzie. I objawił mu jej imię, które było zarazem jak niewysłowiona pieśń, jak wirująca pustka i jak mrok, pomiędzy gwiazdami. A gdy głos szeptał w ciemności, Bard widział oczyma ducha wszystko, o czym opowiadał: wszystkie te rzeczy, o których nikt już nie pamiętał: piękno okryte zasłoną tajemnicy, sekretną różę ukrytą w ciemności. I wezbrało w nim serce zachwytem, dobył więc swej lutni, aby stworzyć pieśń nad pieśniami. A jednak struny zawiodły go, wydając dźwięk nazbyt płaski i drętwy. I nie mógł zmusić ich do wydania właściwego tonu. W rozpaczy więc roztrzaskał instrument i padł na kolana, świadom, że nie uda mu się przelać swego uniesienia w melodię. Łkając gorzko nad swym losem zawołał:
– Zaiste, straszliwa to cena! Widzieć i poznać to, co ukryte, a jednak nie móc mówić o tym. Och lutnio moja, wiarołomna przyjaciółko, czemuż zdradziłaś mnie w tym momencie? Nie pozostaje mi nic więcej, niż rzucić się ze szczytu tej strasznej góry, wiedząc, iż zawiodłem moją ukochaną i siebie…!
Mędrzec jednak rzekł do niego:
– Uspokój się młodzieńcze. Twoja lutnia nie mogła zagrać tej melodii, albowiem żaden martwy przedmiot na świecie nie byłby w stanie oddać jej piękna. Może je pojąc jedynie to, co ma posiada własnego ducha.
– Cóż zatem mi pozostaje? – odparł Bard zdziwiony.
– Aby stworzyć tą pieśń, sam musisz stać się pieśnią. – rzekł mędrzec podając mu prosty, obosieczny sztylet.
Bard zrozumiał w mig znaczenie tego gestu i uśmiechnął się. Następnie zaś klęcząc na wysokiej czarnej górze odebrał sobie życie. A Mędrzec rzekł:
– Zaiste, Królowo, dokonało się.
Następnie zaś oddzielił głowę Barda od ciała i zrobił z niej korpus lutni, szyjkę zaś z jego kości. Struny wykonał ze świeżych żył, a krople krwi lśniły na nich, niczym rubiny. A gdy w nie uderzył, w niebo popłynął dźwięk niezwykłej piękności, w którym zaklęta była całą miłość, zachwyt i tęsknota Barda. W dźwięku tym bowiem żyła jego dusza. Mędrzec uśmiechnął się więc i zawezwał wichry.

Minęło siedem dni a Bard nie powrócił na zamek królewski. Wielu widząc jego odejście powiadało, iż zbiegł do ciemnego lasu, w obawie przed porażką. Inni zaś cieszyli się z jego nieobecności mając nadzieję, iż nigdy już nie powróci. Król także zdawał się rad i rzekł do córki:
– Dziecię moje, ten grajek, któremu zbyt pospiesznie przyobiecałem mą łaskę, zapewne zaginął gdzieś lub uciekł. Nie ma sensu więc czekać na niego dłużej. Aby jednak nie powtórzyć swego błędu i nie zachęcać innych prostaczków do zuchwałych czynów, ogłoszę dziś twe zaręczyny z kawalerem, którego sam wybiorę. Ślub zaś obędzie się pojutrze.
Królewna zmartwiała na te słowa i łzy pociekły po jej nadobnych licach. Nie rzekła jednak nic, tylko udała się do swej komnaty, gdzie w cichości serca rozmyślała nad losem Barda. Pokochała go bowiem w tej komnacie, w której zagrał dla niej i serce jej krwawiło na myśl, iż nie ujrzy go nigdy więcej.
Król zaś wybrał jako przyszłego zięcia jednego z książąt, który miał ziemie bogate, wielu poddanych i wojska liczne, a bitne. Książe uradował się z tej łaski i razem z monarchą zaczęli snuć plany przyszłych podbojów.
Nastał wreszcie dzień ślubu. Wszyscy zebrali się w sali tronowej, gdzie na podwyższeniu zasiadał władca. Królewna odziana była w czerwoną suknię, na jej piersi zaś spoczywała róża z rubinu, który teraz wydawał się pozbawiony blasku i czarny niczym żużel. Książę odziany był bogato, w obsypane klejnotami złotogłowie i jedwabie, u boku zaś jego zwisał wymyślny rapier. I gdy już wszyscy zebrali się, a Król wstał, by pobłogosławić związek małżeński, oto nagle wicher targnął całym zamczyskiem, i wdarł się do sali roztrzaskując wysokie okna. A wraz z nim do komnaty wleciał ogromny kruk, trzymający w szponach przedziwną lutnię. Położył ją delikatnie na środku sali o wzbił się w powietrze. A wiatr trącił struny lutni i wydał z niej ton tak piękny i czysty iż zebrani zamarli nagle we wzruszeniu. I usłyszeli wszyscy jak z instrumentu dobywa się pieśń osobliwa, piękniejsza niż wszystko, co dane im było usłyszeć wcześniej. Jej dźwięk przebudził w nich ducha i przypomnieli sobie o swej dawnej Królowej i jej niedoścignionej urodzie. I pojęli, że oto minęły lata milczenia i smutku, a opar rozpaczy wzniósł się z ich serc. Wielu załkało wtedy z ulgi, inni zaś słuchali w milczeniu wznosząc oczy ku górze, jakby poza sklepieniem sali widzieć mogli jakąś tajemniczą i cudowną przestrzeń. I Król pojął tedy swą zbrodnię – albowiem on to w sekrecie wypędził swą małżonkę z zamku. I duszę jego wypełniła rozpacz i groza. Z straszliwym krzykiem osunął się z tronu chwytając się za serce, które pękło przeszyte ciężarem winy. Także i Książę skonał słuchając pieśni, nie ze zgrozy jednak, lecz z zachwytu, którego próżne jego serce pomieścić nie mogło. A Królewna wstąpiła na tron i rzekła:
– Oto klątwa została zdjęta ze mnie i z mego ludu. Ten, który darzył mnie szczerą miłością oddał życie aby dokonać tego cudu. Jego ofiara wyzwoliła nas, a jego talent wskazał ukazał nam prawdę. I spójrzcie! Ten, który wypędził mą Matkę i ukrył swój haniebny postępek przed wszystkimi, leży martwy u waszych stóp. Ja zaś zasiądę na tronie nie jako dziecię kłamcy, lecz córka tej, o której zapomnieliście. Albowiem jestem córą męstwa, która przecierpiała każdą godzinę swej młodości. Albowiem pamięć o tym co przeminęło mieszka we mnie, tak jak i zrozumienie które wypełnia me serce.
A gdy wypowiedziała te słowa rubinowa róża na jej sercu znów zajaśniała płomieniem, wypełniając całą komnatę blaskiem.

Advertisements

8 responses to “Baśń o Czarodziejskiej Lutni

    • Dziękuję. Naprawdę cieszę się, że przypadła Ci do gustu. Zwłaszcza, że biłem się z nią trzy dni i chwilami już miałem wątpliwości co do tego, czy warto. Jednak Twój komentarz utwierdza mnie w przekonaniu, że nie był to stracony wysiłek. 🙂

  1. ale … wyciskacz łez … z zapartym tchem czytałam – pięknie się brnęło w Twoją opowieść – dobrze, że nie musiałam oddać życia 🙂

    Tylko wybranym ” …szepcze wiatr, w straszliwej pustce, pomiędzy kielichami gwiazd…” fajnie, że się z nami dzielisz 🙂

  2. Czy warto?
    Przepiękna. Dotykasz w niej prawdziwego piękna, czystości i niewinności. Stać się pieśnią. Wzruszam się, kiedy w życiu uda mi się dostrzec choć delikatny cień, bezinteresownej miłości.
    Bardzo ciekawe jest to co napisałeś o ludziach, którzy umierali chcąc zaspokoić swoje potrzeby. Bycie niegotowym, albo niewłaściwe nastawienie, motywacje… Miłość wyróżnia człowieka spośród wszystkich stworzeń i czyni go właśnie człowiekiem.
    Serdecznie pozdrawiam!

    • Dziękuję za te słowa. Będę o nich pamiętał gdy po raz kolejny zmierzę się z napisaniem baśni. 🙂
      Mnie także ten motyw przemiany artysty w pieśń, poprzez Miłość bardzo silnie ujął. Wcześniej baśń miała mieć bardziej standardowe zakończenie, ale gdy pojawiła się ta wizja, wiedziałem, że muszę ją tutaj zawrzeć i że właśnie ona jest sednem tej opowieści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s