Eden

I
Ewa odeszła już pierwszej nocy.
Milczała, odkąd Cherub wypalił jej pierś swym ognistym mieczem. Ja zaś nie pytałem o nic, wiedziałem bowiem, iż nie wolno mi pytać. Jej pokryte bliznami ciało spoczywało obok mojego. Zawsze na wyciągnięcie ręki – lecz nigdy bliżej.
Ewa odeszła, znikając w mroku.
Tak pozostałem sam. Na tej wielkiej, bezgwiezdnej pustyni, przy ogniu, który był mym jedynym światłem i który trawił drewno, i kości drewna. Pozostałem sam, pośród zmarszczonego morza piasku, które w nocy było srebrzyste, w dzień zaś stawało się złote. Lecz zawsze zawierało w sobie sugestię szarości, ukrytą w tle, niczym źle pomalowany karton, udający królewską koronę, na dziecięcej maskaradzie.
Smakując jej odejście, myślałem o tym, iż nigdy właściwie nie rozmawialiśmy ze sobą. Ani przedtem, ani później… Nigdy – aż do jej odejścia…
Teraz to się zmieniło. Rozmawiałem z nią codziennie. Poprzez długie, blade godziny przed świtem – gdy niebo zamarza, a oddech paruje w przestrzeni, jak otwarta rana w boku zwierzęcia. Rozmawiałem z nią, choć przecież nie odpowiadała mi. Nie mogła mi odpowiedzieć, bowiem odeszła.
W mrok.

II
On wyszedł powoli z cienia i stanął przy ogniu.
– Bóg umarł – powiedział, pokazując mi martwego ptaka, ukrytego w złożonych dłoniach.
– Co mu się stało? – zapytałem go.
– Umarł – odpowiedział po prostu. – Stał się rudzikiem. Potem umarł.
Pomyślałem o małych rudzikach, ich wypiętych ognistych piersiach i sercach, pracujących niestrudzenie, niczym mechaniczne młoteczki. Pomyślałem o rudzikach i ich widoku, w dniu, gdy nadawałem im imiona. Pomyślałem o tym, iż żadne serce nie powinno uderzać tak szybko. To było zbyt wiele, by można to wytrzymać.
– Co teraz zrobisz? – zapytałem.
On pokręcił powoli siwą głową. W swym czarnym, poszarpanym płaszczu wyglądał dziwnie rozpaczliwie, niczym żałobnik z konduktu, który nigdy nie miał dotrzeć do celu.
– Umarł – powtórzył ponownie, bezkrwistymi, spękanymi ustami.
A potem odszedł na pustynię. Szatan odszedł na pustynię – niosąc martwego rudzika w złożonych dłoniach.

III
W południe pustynia pokryła się kwieciem. Były to maki, ociekające krwią, o płatkach z pulsującego, żywego mięsa.
– Sigillum naturae – powiedziałem, patrząc na nie. – simplicitas est.
Delikatna mgła, o nieco słonym, nieco słodkim zapachu wznosiła się nad szkarłatnym polem. Podniosłem metalowy dzbanek i zebrałem kapiącą z kwiatów krew. Nie zajęło mi to zbyt wiele czasu.
Tego dnia nie dorzucałem do ognia. Było ciepło, a słońce stało wysoko na niebie. Pomyślałem, iż lepiej zachować drwa na noc.
Wieczorem patrzyłem na śmierć maków i słuchałem ich krzyków. Umierając, zmieniały się w popiół. Srebrny popiół, z odcieniem szarości w tle.

IV
– Jestem Lilith – powiedziała kobieta z wężami we włosach. – Wołałeś mnie, wiec przyszłam.
Siedziała na piasku, po drugiej stronie ogniska. Z tej odległości mogłem widzieć pełzające płomienie, odbijające się w oczach gadów, wijących się w jej ciemnych lokach.
– Pragnę cię – powiedziała.
Nalałem krwi z dzbanka, do wysokiej, czarnej filiżanki, o złoconym brzegu. Ustawiłem ją na małym, trójkątnym spodeczku i podałem jej. Obiema rękami. Wyjęła ją delikatnie z mych dłoni, unosząc do ust z wystudiowaną elegancją. A w oczach jej zatańczył błysk rozbawienia. W rozcięciu jej pomarańczowego, jedwabnego kimona, przez chwilę ujrzałem zarys nagiej piersi. Kimono miało kolor świeżych moreli i przypominało mi jakiś odległy sen z dzieciństwa, którego treści nie mogłem sobie przypomnieć. Węże pełzały wśród jej czarnych loków, a jej sutki sterczały sztywno pod materiałem.
Upiła nieco z filiżanki i dalej spoglądała na mnie, z twarzą nieodgadnioną, jednocześnie daleką i bliską. Patrząc na nią, pomyślałem nagle o morzu w czasie deszczu. O długich warkoczach kropel, uderzających bez końca, bez końca, w ciemną powierzchnię oceanu.
– Pragnę cię – powtórzyła.
Potem podpełzła do mnie, po piasku i poczułem jej język na mych oczach i ustach. Poczułem, że jest on niczym ogień, gdy otoczyłem go swymi ustami i schwyciłem w zęby. Jej piersi były twarde jak dojrzałe owoce i pomyślałem: „Jakże piękna jesteś, przyjaciółko moja…” Lecz jej dłonie pozostawały zimne, niczym światło księżyca, i czułem szron na skórze, gdy pełzły w dół…
A potem, przez jedną, straszną chwilę, ciało moje przeniknął przeszywający ból.
I w nagłym rozbłysku, jakby objawienia, z daleka ujrzałem, jak Lilith wyciąga z mojego karku długą, kryształową igłę.

V
Gdy się obudziłem ognisko dogasało już. Moje ciało było sztywne z zimna, a skórę pokrywał szron. Nie śmiałem jeszcze poruszyć się. Leżąc, wdychałem zapach mroku, parujący z pustynnego piasku. Myślałem o bestiach z pól, które krążyły głodne po ziemi, tej i każdej nocy. Które nigdy nie rozumiały kobiety z wężami we włosach. Lecz ja rozumiałem je, w ich prostocie, albowiem to było moim dziedzictwem, moim bogactwem i moją tajemnicą.
Potem ujrzałem jak niebo na wschodzie rozjaśnia się. Lecz nie śmiałem się jeszcze poruszyć, aby nie spłoszyć powracającego słońca. Aby nie spłoszyć bólu gnieżdżącego się w kościach. Patrzyłem, jak piasek powoli staje się złoty. Patrzyłem na narodzenie dnia, myśląc o tej kobiecie, z wężami we włosach, która wyszła z łona nocy. Która ukazała mi ból narodzin, słabość mięsa, mróz, przenikający do szpiku. Myślałem o tej kobiecie, która wyszła z mroku, po tym jak tamta, ze swym poznaczonym bliznami ciałem, opuściła mnie. O tej, której język był niczym ognisty kwiat. I która opuściła mnie, odchodząc w mrok, zanim mogłem nazwać ją Matką…

VI
Drewno prawie skończyło się, mimo, iż paliłem ogień tylko nocami. Gdy dzień przechylał swą twarz nad pustynią, siedziałem rozcierając członki, skostniałe od kryształowej trucizny. A gdy wieczór nadszedł, policzyłem ponownie szczapy, które leżały jeszcze na piasku. I wiedziałem, że nie wystarczy ich, aby podtrzymać płomień do następnego świtu.
Później nadszedł Wąż. W miękkiej poświacie zmierzchu. Szedł, patrząc na ślady tych, którzy byli tutaj wcześniej. Szedł powoli, jakby przeżuwając każdy swój krok, żałując go, zanim jeszcze został wykonany.
Tak nadszedł Wąż i skulił się po drugiej stronie ogniska. Jego własne ślady wyglądały tak naiwnie i bezbronnie, w ostatnich promieniach konającego słońca, iż nawet jego czerwień nie chciała się na nich zatrzymać. Zapragnąłem się roześmiać. Dziko, niczym bestia, którą zamknąłem wewnątrz. Ale nie powiedziałem nic, dopóki on sam nie odezwał się pierwszy.
– Dlaczego nie pozwolisz mi wrócić? – zapytał żałośnie. – Dlaczego nie pozwolisz mi, nawet jeśli ty wolisz tutaj pozostać?
Ogień zasyczał i strzelił iskrami, gdy dołożyłem do niego kolejną szczapę.
– Dlaczego? – powiedziałem powoli, smakując słowa. – A dlaczego by nie? Ból dzielony z innymi staje się słodszy.
Przez chwilę myślałem, że usłyszę jego szloch, a jednak zdołał się opanować.
– Mógłbyś zbudować drabinę – mówił dalej. – Z tego drewna, które ci jeszcze zostało. Znam to drewno i to drzewo, pokazałbym ci jak sprawić, aby było posłuszne. Zbuduj drabinę, wtedy będziemy mogli powrócić tam, w górę. Ponad to… Podzielenie. – wypluł to słowo z niechęcią – Nawet jeśli ty nie chcesz, ja mógłbym wrócić.
– Mógłbym – zgodziłem się, dorzucając znów do ognia. On spojrzał na mnie z nadzieją, ale nie poruszyłem się więcej.
– Co jest z tobą? – krzyknął wreszcie w rozpaczy. – Co sprawia, iż jesteś tak okrutny? Podałem ci owoc, gdy byłeś spragniony. Co sprawia, iż za mój czyn, zrodzony ze współczucia zbieram tak gorzkie żniwo?
– Ludzkie serce jest zwierciadłem, – odpowiedziałem. – w którym współczucie rodzi zło, a miłość daje życie niewdzięczności. Ludzkie serce jest potworem, strzeż się go. Twój czyn, ze światła zrodzony, stworzył w nim cień, który stał się twą klątwą. I jej kosztujesz poprzez eucharystię długich pustynnych godzin, odczytywania martwych śladów na piasku…
Wąż zamilkł. A ja gładziłem językiem stalowy cierń okrucieństwa, skrytego w mych ustach. Upajałem się jego jadem i milczałem, chłonąc tą zimną, nieubłaganą siłę. Po drugiej stronie ogniska, Wąż zwinął się w kłębek. I patrzyłem, jak zasypia, utrudzony całodzienną wędrówką – szukaniem drogi do domu.

VII
W nocy śniłem, że Wąż płacze. Jego łzy tworzyły błękitne strumienie, biegnące przez pustynię i poza nią. Aż do brzegów nieznanego mi oceanu, który wzbierał i pęczniał, od tych błękitnych, słodkich łez, biegnących przez pustynię, niczym długie wstęgi, błyszczące i skrzące się, w promieniach porannego słońca. We śnie zapragnąłem dotknąć jednej z nich, ale gdy to uczyniłem, łzy zasyczały i zmieniły się w popiół.

VIII
Obudziłem się, lecz świt jeszcze nie nastał. Wąż spał, szlochając przez sen. Drewno prawie skończyło się. Wstałem i dorzuciłem do ognia ostatnią szczapę z Drzewa Poznania. A gdy usłyszałem za sobą kroki – wiedziałem już. I gdy poczułem dłoń na mym ramieniu – rozpoznałem ją, chociaż rozpoznać jej nie miałem prawa.
Odwróciłem się, spoglądając na tego, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Jego oczy były ciemne, niczym bliźniacze jeziora rtęci, rozlewające się pod bladą maską. Zrozumiałem wtedy i wiedziałem, że on poznał, iż zrozumiałem. W ciszy wyciągnął rękę i ująłem ją, jak dziecko, którym przecież byłem.
A gdy odchodziliśmy stamtąd, opuszczając dogasające popioły i śpiącego Węża, gdy tak odchodziliśmy, razem, a przecież samotni, usłyszałem jak śpiewają kości, rozrzucone wśród srebrno-szarego piasku. A ich śpiew był niczym świergotanie świerszcza i kląskanie rudzika.

Reklamy